Znaleźć ludzi w Nowym Jorku

GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”. O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU cz.1/2

2018.12.16 11:39 Gazetawarszawska GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”. O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU cz.1/2

GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”. O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU

JUDAISM & ISLAM 15 DECEMBER 2018
GRIGORIJ KLIMOW: „NARÓD BOŻY”.
O AUTORZE. ISTOTA PROBLEMU
Grigorij Klimow Nota autorska - 19 listopada 2000 roku "Biblioteka Grigorija Klimowa":
Григорий Климов - Божий народ
Тут можно читать онлайн Григорий Климов - Божий народ - бесплатно полную версию книги (целиком). Жанр: Политика, издательство Советская Кубань, Пересвет, год 1999. Здесь Вы можете читать полную версию (весь текст) онлайн без регистрации и SMS на сайте LibKing.Ru (ЛибКинг) или прочесть краткое содержание, предисловие (аннотацию), описание и ознакомиться с отзывами (комментариями) о произведении.

Książka „Naród Boży” Grigorija Klimowa lub jej część JEST ZABLOKOWANA PRZEZ ROSKOMNADZOR (Rosyjska Komisja Cenzury). Żebyście Państwo nigdy nie poznali prawdy o tym, jak "was traktują" zaciekli Syjono-nazistowscy sataniści.
Zablokowanie to już się dokonało lub nastąpi w najbliższych dniach, w miarę tego, jak coraz więcej i więcej dostawców usług internetowych (providerów) będzie zmuszonych do zablokowania tej jednej Strony lub całej Witryny, jeśli nie mają możliwości technicznych, co oznacza, że ​​około 30% populacji Rosji już więcej tej Strony nie zobaczy, chyba że za pomocą anonimizera.
"Biblioteka Grigorija Klimowa": g-klimov.info
Całość książki: https://libking.ru/books/sci-/sci-politics/406928-grigoriy-klimov-bozhiy-narod.html
Spis treści
Naród Boży
• O autorze • Istota problemu 1. Co to jest kompleks władzy 2. Jak odnajdywać degeneratów? • Trzy stadia degeneracji 3. Jak Pan myśli, czy jest dużo degeneratów? 4. Skąd Pan wie, może sam Pan jest degeneratem? 5. A dlaczego nie założyć, że wszyscy jesteśmy degeneratami? 6. Co sądzi Pan na temat Międzynarodowego Funduszu Walutowego? 7. Co sądzi Pan o Jelcynie i jego drużynie? 8. Czy może w ROSJI być normalny rząd? 9. Co Pan myśli o bojownikach za "czystość krwi"? 10. A co Pan myśli o małżeństwach zboczeńców i odrodzeniu (stworzeniu) "Nowego Narodu" (ros. - "Новой Нации")? 11. A jak u Pana jest z tematem religii?
  1. Miałem na myśli religię jako przedmiot badań ... 13. Powstaje jakaś ponura beznadziejność 14. Jakie jest Pańskie zdanie na temat masonerii? 15. Czy są dobrzy masoni? 16. Jakie jest Pańskie zdanie na temat ANTYSEMITÓW i ich walki z Żydami? 17. Czy uważa Pan, że istnieje ogólnoświatowy spisek? 18. Jakie główne zadania widzi Pan w swoich wykładach na temat WYŻSZEJ SOCJOLOGII? 19. Czy mogą zboczeńcy mieć dzieci? 20. Czy uważa Pan, że towarzysz X jest zboczeńcem?
Listy (spisy) 1. Komisariat Wojskowy 2. Komisariat Spraw Wewnętrznych (tj. do spraw egzekucji) 3. Listy tajnej policji Związku Radzieckiego ▪ Członkowie Komisji Nadzwyczajnej Piotrogrodu ▪ Członkowie Piotrogrodzkiej Komuny ▪ Członkowie Komisji Nadzwyczajnej Moskwy 4. KOMISARIAT SPRAW ZAGRANICZNYCH 5. KOMISARIAT FINANSÓW ▪ AGENCI FINANSOWI ▪ CZŁONKOWIE KOMISJI TECHNICZNEJ DO SPRAW LIKWIDACJI BANKÓW PRYWATNYCH 6. KOMISARIAT SPRAWIEDLIWOŚCI 7. Lista społecznych obrońców 8. KOMISARIAT EDUKACJI NARODOWEJ 9. Lista dziennikarzy i pracowników centralnych gazet 10. Komisja d/s śledztwa w sprawie zabójstwa Imperatora Mikołaja II 11. Główna Rada Gospodarki Narodowej ▪ Biuro Wyższej Rady Sekcji Ekonomicznej ▪ Rada Komitetu Donieckiego ▪ Członkowie sekcji spółdzielczej ▪ Członkowie sekcji węglowej 12. Biuro Pierwszej Rady Delegatów Robotników i Żołnierzy w Moskwie 13. Centralny Komitet Wykonawczy 4-go Rosyjskiego Kongresu Delegatów Robotniczych i Wiejskich 14. Komitet Centralny V Kongresu 15. Komitet Centralny Socjaldemokratycznej Partii Pracy
  1. Lista Komitetu Centralnego Socjaldemokratycznej Partii Mieńszewików
  2. Lista Komitetu Centralnego Prawego Skrzydła Partii Socjalistów - Rewolucjonistów 18. Lista Komitetu Centralnego Lewego Skrzydła Partii Socjalistów - Rewolucjonistów 19. Oto Komitet Anarchistów w Moskwie 20. Reprezentacja w Lidze Narodów, czyli twarz Związku Radzieckiego 21. Lista dyplomatów ZSRR w Europie 22. Polityczni Przedstawiciele w państwach pozaeuropejskich 23. Rząd ZSRR 24. ŻYDZI W SKŁADZIE OGPU (NKWD) 25. NAJWYŻSZE ORGANA NKWD ▪ KOMISARZE BEZPIECZEŃSTWA PAŃSTWOWEGO 1 STOPNIA ▪ Leningradzkiego Zarządu NKWD ▪ KOMISARZE ZABEZPIECZENIA PAŃSTWOWEGO 2 STOPNIA ▪ To, co robił Jagoda i to, co robił Stalin - było dziecinną igraszką w porównaniu z dyktaturą, panującą wewnątrz żydowskich gett ▪ ŻYDZI W GŁÓWNYM ZARZĄDZIE ŁAGRÓW I OSIEDLI NKWD ▪ ŻYDZI – NACZELNICY ZARZĄDU NKWD W TERENIE
  1. Hitler oskarżał Żydów o to, że zasadzili bolszewizm w Rosji, a teraz rozprzestrzeniają go na cały świat
  2. George Washington - "Żydzi są dżumą społeczeństwa, największymi wrogami społeczeństwa" 10. Mark Cicero: "Żydzi należą do mrocznej i odpychającej siły" 11. Lucius Seneca: "Ten naród zdołał nabyć taki wpływ, że nam, zwycięzcom, dyktuje swoje prawa" 12. Rzymski historyk Tacyt: "Żydzi uważają za skalane wszystko to, co dla nas jest święte" 13. Marius Justynian: "Żydzi zawsze byli sprawcami chrześcijańskich prześladowań" 14. Król Franków - Guntram: "Przeklęty niech będzie ten diabelski i zdradziecki naród żydowski, który żyje tylko podstępami" 15. Prorok Mahomet: "To dla mnie niezrozumiałe, dlaczego nikt do tej pory nie przepędził tego bydła, którego oddech podobny jest do śmierci
  3. Tomasz z Akwinu: "Żydom nie powinno się pozwalać na posiadanie tego, co zdobyli przez lichwę od innych"
  4. Erazm z Rotterdamu: "Jakiż rabunek i ucisk czynią Żydzi wobec biednych"
  5. Martin Luther: "Jeszcze nigdy słońce nie świeciło dla ludzi bardziej krwiożerczych i mściwych" 19. Żydzi do dzisiaj świętują Holokaust, tańcząc na ulicach i nawet upijając się 20. Giordano Bruno: "Żydzi są zadżumioną, trędowatą i niebezpieczną rasą, która zasługuje na wykorzenienie od dnia jej narodzin" 21. Papież Klemens Ósmy: "Cały świat cierpi z powodu lichwy Żydów, ich monopolu i oszustw" 22. Piotr I: "Wolę widzieć Mahometan i pogan w moim kraju, niż Żydów. Ci ostatni są kłamcami i oszustami" 23. Jean Francois Voltaire: „Żydzi są niczym innym jak tylko pogardzanym i barbarzyńskim narodem, który w okresie długiego czasu łączył obrzydliwą chciwość ze strasznym przesądami i niegasnącą nienawiścią do narodów, które ich znoszą i na których oni się bogacą” 24. Benjamin Franklin: „Jeśli my, na mocy Konstytucji, nie usuniemy Żydów ze Stanów Zjednoczonych, to oni za niecałe dwieście lat, rzucą się w dużych ilościach, zwyciężą, połkną kraj i zmienią formę naszych rządów” 25. Fryderyk Wielki: "Władcy nie powinni tracić Żydów z oczu. Powinni uniemożliwiać ich przenikanie do handlu hurtowego" 26. Cesarzowa Maria Teresa: „Nie znam żadnej innej złośliwszej zarazy wewnątrz kraju, niż ta rasa, która rujnuje naród chytrością, lichwą i pożyczaniem pieniędzy”
  6. Cesarzowa Jelizawieta Pietrowna: "Wszyscy Żydzi, mężczyźni i kobiety, niezależnie od pozycji i bogactwa, z całym ich majątkiem powinni być natychmiast usunięci poza granice"
  7. Angielski historyk Edward Gibbon: "Żydzi wykazali zwierzęcą nienawiść wobec Cesarstwa Rzymskiego, które nieustannie niszczyli przez bestialskie morderstwa i rozruchy" 29. Napoleon Bonaparte: "Oni są jak gąsienice lub szarańcza, które pożerają moją Francję" 30. Car Mikołaj I: "Główną przyczyną ruiny chłopów są Żydzi. Swoimi zdolnościami wykorzystują nieszczęsną ludność" 31. Niemieckie generał i strateg Helmuth von Moltke: „Badając kradzieże rzadko Żyd nie jest zaangażowany albo jako wspólnik, albo jako paser” 32. Franz Liszt: „Nadejdzie czas, kiedy wszystkie chrześcijańskie narody, wśród których żyją Żydzi, zadadzą pytanie, znosić ich dalej czy deportować ... czy chcemy życia lub śmierci, zdrowia czy choroby” 33. Japoński naukowiec, książe Mobuchum Okuma: "Żydzi na całym świecie niszczą patriotyzm i zdrowe podstawy państwa"
  1. "Niech nie czeka na przebaczenie Pana Boga ten, który zwróci rzecz, zgubioną przez goja (nie-Żyda)"
  2. Pasternak - Żyd i pederasta 13. Mandelsztam był chorym psychicznie 14. Statystyki amerykańskie mówią, że około 20% populacji Stanów Zjednoczonych jest chorych psychicznie 15. Biorąc pod uwagę fakt, że u Żydów psychicznie chorych jest sześć razy więcej, będziecie patrzeć na świat już innymi oczami 16. Jeżow był żonaty z Żydówką. Karzeł, potwór, kulawy. Krwawy karzełek - jak wtedy go nazywano - najstraszniejsza postać z czasów Wielkiej Czystki w latach trzydziestych 17. Praktycznie cała rewolucja francuska została dokonana przez masonerię i kosztowała Francuzów ponad milion ludzkich istnień 18. Majmonides: Żydzi muszą zerwać ze swoją przeszłością i dołączyć do kultury europejskiej 19. Rewolucyjna psychoza - to znaczy rewolucja związana z chorobami psychicznymi 20. Żydzi zostali wygnani z Anglii w 1290 roku przez króla Edwarda Pierwszego po licznych ujawnieniach zabójstwa chrześcijańskich dzieci przez Żydów w celach rytualnych 21. Sprawa Schneersona-Beilisa dotycząca rytualnego zabójstwa chłopca 22. Wszystkie nieludzkie sekty, z reguły, składają się z psychopatów 23. Polecam przeczytanie analizy książki "Shulchan Aruch"
  1. Liga "B'nai B'rith " (centrum żydowskiej masonerii) osiągnęła zakaz wystawiania sztuki Szekspira ▪ "B'nai B'rith " jest nazywana w USA żydowskim gestapo 11. Pod wpływem Kościoła Katolickiego ukształtował się wizerunek Żyda jako potomka diabła 12. Żydzi praktycznie toczą wojnę ze wszystkimi narodami ziemi, z całym światem. A potem wyją na cały świat, jak wszyscy ich nienawidzą 13. Żydowski Bóg – to karykaturą idei bóstwa 14. W żadnym kraju w Europie Żydom nie żyło się tak dobrze jak w Niemczech, ale ... 15. Żydzi w Niemczech hulali w restauracjach, wynajmowali całe sale, zachowywali się wyzywająco, podczas gdy większość ludności po niszczycielskiej I wojnie światowej żyła w biedzie i zadłużeniu 16. Żydowskie prawo religijne zabrania mieszanych małżeństw 17. Zgodnie z prawem norymberskim Żydzi nie mogli zatrudniać aryjskich pracownic domowych w wieku poniżej 45 lat 18. Można zepsuć literaturę gojów. Można zepsuć, zniekształcić, wypatrzyć ich przemysł i handel 19. Saltykow-Szczedrin: program łajdaków - Żydów
  2. "Ci, którzy mówią o sobie, że są Żydami, nie są nimi, to zgromadzenie satanistów"
  3. "Bij Żydów, ratuj Izraela!" 22. Najbardziej zajadli antysemici znajdują się zawsze wśród samych Żydów 23. Filozofia Nietzschego – to filozofia żądzy władzy i, w dużej mierze, nienawiści do człowieka, wewnętrznie jest związana z Talmudem. 24. Najbardziej zagorzałym antysemitą ze wszystkich niemieckich antysemitów był filozof Kant 25. Księga Powtórzonego Prawa – to najbardziej zła księga żydowska 26. Dlaczego Żydzi zbierają pieniądze od wszystkich i płacą tej oto paskudnicy - Bakuninej, prawnuczki anarchisty Bakunina? 27. Dzieci Theodora Herzla, założyciela syjonizmu, wyrzekły się swego ojca 28. Żydzi nie są narodem, to choroba 29. Aleksander II został zabity przez bombę, rzuconą przez Żyda Griniewickiego - Appelbauma 30. "Nie ma nic, co by mogło zbliżyć Chrześcijan do Żydów" 31. Dzisiaj wszystkie tureckie i rosyjskie łaźnie w Ameryce - to zakłady pederastyczne
  1. Całkowitym władcą Węgier był Żyd Matias Rakoczy (Rakosi)
  2. Nordau-Sjudfeld wprost nazywał wielkiego pisarza Lwa Tołstoja degeneratem najwyższego rzędu 5. Korzenie antysemityzmu ukryte są w głębi samego judaizmu i jego obecnej manifestacji - syjonizmie 6. W Greenwich Village, gdzie mieszkają lesbijki i pederaści 7. Prezydent Roosevelt był z domieszką krwi żydowskiej 8. Zamach na Aleksandra II, Cara - Wyzwoliciela, przeprowadzono dnia 13-go 9. Wszystkie te orliki byli masonami - pederastami 10. W walce o władzę jedna banda Żydów wieszała inną bandę Żydów 11. Całą prasę niemiecką Amerykanie oddali w ręce Żydów. Natomiast Żydzi zatrudnili do pracy pederastów - Niemców 12. Żydzi wnoszą rozkład do współczesnej kultury 13. Jeśli słyszysz słowo "feministka", to zwykle jest to upozorowanie, za tym zwykle kryje się lesbijstwo 14. Typową żydowską cechą jest zepsucie, rozkład, zniszczenie 15. Co sami Żydzi mówią o antysemityzmie
  3. W składzie sowieckiego rządu zarówno przy Leninie jak i Stalinie było około 80% czystych Żydów. A pozostali 20% - to byli zamaskowani pół-Żydzi lub degeneraci, żonaci z Żydówkami
  4. Siedem milionów najbardziej utalentowanych, najbardziej gospodarskich i najbardziej pracowitych chłopów rosyjskich, na których opierała się zawsze Rosja. Zlikwidowano ich wraz z rodzinami, z dziećmi 18. We wioskach pozostali tylko „kombiedy” (komitety biedoty – G.K.), lenie i pijani kalecy 19. Dwadzieścia milionów Rosjan - kwiat narodu rosyjskiego – zlikwidowano w Gułagu 20. Gelman, Rozowski, Roizman, Bakłanow i jeszcze 3000 takich samych gelmanów. Teraz – to nasi kapłani. Są wszędzie 21. Grupa oszustów w Taszkiencie została postawiona przed sądem - wszyscy Żydzi - podziemni milionerzy Taszkientu 22. "Dlaczego mam harować?" 23. U Żydów psychicznie chorych według formuły profesora Lombroso jest sześciokrotnie więcej, niż u nie-Żydów
Rozdział 11. Idealna narzeczona
Załączniki do książki • 01. Twórczość ludowa. Poemat o Żydzie. Moskwa, 1935 rok • 02. Kiriłł Bielaninow. Niebieskie świerki na Kremlu. I pili też • 03. Israel Shamir. Sprawdzenie zawszenia • 04. Odpowiedzi Głównego Rabina Izraela amerykańskim Żydom • 05. Sto praw z Shulchan Arucha • 06. L. Frey. O autentyczności protokołów Syjonu • 07. PROTOKOŁY MĘDRCÓW SYJOŃSKICH • 08. L. N. Gumilev. Niezgodność • 09. Boris Mironow. O żydowskim faszyzmie • 10. L.N. Gumilew. Błądzący superetos (ros. - Блуждающий суперэтнос) • 11. E. Topol. Pokochaj Rosję, Borysie Abramowiczu! 12. Solomon Lurie. Antysemityzm w starożytnym świecie • 13. Tatiana Putiatina. Lomehuza lub model umierającego społeczeństwa • Apel do czytelników i wydawców
O autorze
GRIGORIJ PIOTROWICZ KLIMOW
📷 Rosyjski pisarz, członek Związku Pisarzy Rosji. Autor bestsellera "MASZYNA TERRORU", wydanego w 12 językach w "Reader's Digest" w nakładzie ponad 17 milionów egzemplarzy. Trzy filmy według tej książki zostały nakręcone w Anglii, Niemczech i Stanach Zjednoczonych w latach 1953-1954. Niemiecki film „WEG OHNE UMKEHR" („DROGA BEZ POWROTU”), został nagrodzony na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Berlinie w 1954 roku, zyskując tytuł „najlepszego niemieckiego filmu roku.” Angielski "THE ROAD OF NO RETURN" (DROGA BEZ POWROTU") i amerykański film "NO WAY BACK" ("NIE MA DROGI POWROTNEJ") przez długi czas nie schodziły z ekranów całego świata.
Autor książek:
Grigorij Klimow urodził się 26 września 1918 roku w mieście Nowoczerkask, w Rosji, w rodzinie lekarza. W 1941 roku ukończył z wyróżnieniem Nowoczerkaski Instytut Przemysłowy i wstąpił do Wojskowo - Dyplomatycznej Akademii w Moskwie.
W 1945 roku ukończył AKADEMIĘ i został wysłany do pracy w Berlinie jako czołowy inżynier RADZIECKIEJ ADMINISTRACJI WOJSKOWEJ.
W 1947 r. otrzymał rozkaz powrotu do STALINOWSKIEJ MOSKWY. Po długich rozmyślaniach uciekł do NIEMIEC ZACHODNICH.
W latach 1949-1950 pracował w CIA nad ściśle tajnym tematem „UPADEK SYSTEMU KOMUNISTYCZNEGO PRZY POMOCY LUDZI SPECJALNEGO TYPU. LUDZI Z KOMPLEKSEM WŁADZY (UTAJONEGO KOMPLEKSU HOMOSEKSUALIZMU LENINA)”. Nazwa zakodowana – PROJEKT HARWARDZKI. W latach 1951-55 był przewodniczącym Centralnego Związku Powojennych Emigrantów z ZSRR (TSOPE, ros. - ЦОПЭ) i redaktorem naczelnym czasopism „Wolność” i „Antykomunista” (to ostatnie w języku niemieckim).
W latach 1958-59 pracował jako konsultant w PROJEKCIE KORNELLSKIM w Nowym Jorku, gdzie również zajmowano się wszelkiego rodzaju sprytnymi badaniami psychologicznymi, związanymi z Powstaniem Węgierskim 1956 roku.
Wyniki 50 lat pracy nad tym tematem znalazły swoje odzwierciedlenie w siedmiu książkach. Ostatnie trzy książki są streszczeniem serii wykładów, przeznaczonych dla całego dowództwa KGB w przededniu PIERIESTROJKI.
Wszystkie książki zostały wydane przez Wydawnictwo SOWIETSKAJA KUBAŃ, miasto KRASNODAR, ROSJA. Całkowity nakład już przekroczył milion egzemplarzy.
Zmarł Grigorij Piotrowicz Klimow 10.12.2007 roku.
W sprawie zamówień należy skontaktować się z przedstawicielem Wydawnictwa SOWIETSKAJA KUBAŃ. MIRONOW WŁADIMIR LEONIDOWICZ przez e-mail[klimov_[email protected]](mailto:[email protected])
Możecie Państwo przesłać swoje opinie o książkach na adres e-mail: [klimov_[email protected]](mailto:[email protected])
lub napisać na adres:
GREGORY KLIMOV 48-34 91 place Elmhurst New York 11373 USA
ISTOTA PROBLEMU
CO TO JEST KOMPLEKS WŁADZY
- Grigoriju Piotrowiczu, pracuje Pan z ludźmi szczególnego rodzaju, ludźmi z kompleksem władzy – już przez 50 lat. Co to są za ludzie? Czym jest "Kompleks władzy"? Czym jest "Kompleks wodza"? Jaka jest istota tego problemu?
- Gdy bliscy krewni żenią się ze sobą, to dzieci z tych małżeństw będą degeneratami. Jest to stary, dobrze znany wszystkim fakt. Dlatego Cerkiew zabrania małżeństw między krewnymi. Aż do szóstego pokolenia. Jeśli jednak grupa przywódców religijnych będzie robić odwrotnie i będzie popierać takie małżeństwa, a nawet zakazywać małżeństw poza granicami swojej sekty, to ta sekta po 4-5 pokoleniach będzie pełna degeneratów.
Czy zna Pan jakąś sektę, która zakazuje małżeństw mieszanych i robi to już od kilku tysięcy lat? Zgadza się. Wszyscy znamy tę sektę.
Wielu degeneratów posiada niezwykłe cechy - takie jak nienasycona chęć dominowania, nienormalne, wręcz patologiczne pragnienie, aby być zawsze na wierzchu. Wielu z nich ma jawne i nienasycone pragnienie władzy. Ci degeneraci czują się „wybranymi”, „elitą” (megalomania, mania wielkości), ale równocześnie w tym samym czasie czują się „prześladowanymi” i „ściganymi” (mania prześladowcza). Bo przecież "mania wielkości" i "mania prześladowcza" są rodzonymi siostrami. Wszystko to jest elementarną prawdą. Przedszkolem.
A teraz pomówmy o tym problemie na bardziej wysokim poziomie - na poziomie wyższej socjologii (degenerologii), w dziedzinie, w której pracuję już od ponad 50 lat.
Praktycznie wszyscy przywódcy światowi mają wyraźny wrodzony kompleks władzy. Ten kompleks, z reguły, jest wynikiem stłumionego sadyzmu, który z kolei jest związany z utajonym homoseksualizmem.
Kompleks ukrytego homoseksualizmu Lenina ("Kompleks wodza") był dokładnie badany w CIA pod koniec lat 40-tych i na początku lat 50-tych. Nazwa kodowa tych ściśle tajnych badań naukowych – to Projekt Harvardzki. Tam, pracując w grupie naukowców Projektu Harvardzkiego, po raz pierwszy spotkałem się z tym tematem. Dowolna dobrze zorganizowana grupa ludzi, która ma wiedzę na ten zakazany temat, może wyszukiwać i przesuwać do władzy przyszłych liderów jako pionków w światowej grze szachowej. Jest rzeczą oczywistą, że przywódcy zwyrodniałej, zdegenerowanej sekty, którzy dobrze znają ten problem na własnej skórze i którzy praktykują w tej grze już kilka tysięcy lat, mają ogromną przewagę nad tymi, którzy grają bez wiedzy, bez przygotowania, i jeszcze w dodatku na ślepo.
Wszyscy widzieliśmy w telewizji jak 5-6 dorodnych sanitariuszy nie może sobie poradzić z jednym wątłym szaleńcem. Energia, wytwarzana przez tego szaleńca – jest najlepszą ilustracją tego, jaką naprawdę przemożną energię ma na wpół zwariowany sadystyczny zwyrodnialec, ogarnięty żądzą władzy.
Ci ludzie - są jak broń masowego rażenia. W dniu dzisiejszym wielu ludzi już zna podstawowe zasady konstrukcji bomby atomowej, ale tylko bardzo ograniczony krąg wtajemniczonych posiada wiedzę i umiejętności, niezbędne do produkcji broni jądrowej i, co jest nie mniej ważne, jest w stanie dostarczyć głowicę nuklearną do celu, wykorzystując ją do zniszczenia struktur państwowych. To samo dotyczy też wiedzy z zakresu wyższej socjologii, jednak degeneraci są bardziej skuteczni w niszczeniu krajów niż broń jądrowa. Są oni prawie tak samo skuteczni (ale w tym samym czasie tak samo niebezpieczni) jak broń biologiczna.
Degeneraci, z reguły, nienawidzą normalnych ludzi. W końcu "diabeł nie może kochać i nie kocha tych, którzy kochają". Wstrętnym zboczeńcom, zwyrodnialcomsprawia prawdziwie sadystyczną przyjemność oglądanie jak pewien na pół szalony przywódca – zboczeniec, wyniesiony przez nich do władzy w pewnym kraju, idzie na wojnę z innym na wpół szalonym sadystą – zboczeńcem, przyprowadzonego przez nich do władzy na przywódcę innego państwa, a miliony i miliony zwykłych ludzi giną przy tym dla zabawy i sadystycznej przyjemności tych przywódców zdegenerowanej sekty.
Chce mnie Pan zapytać - jak to się robi? Odbywa się to za pośrednictwem masonerii. Masoni, Illuminati, Rotary i tak dalej (imię nasze - Legion, bo nas jest wielu – odpowiedzieli Mu demony), wszystko są to kluby, gdzie degeneraci uważnie obserwują zachowanie potencjalnych kandydatów, a po potwierdzeniu obecności silnych skłonności homo-sadystycznych, zaczynają aktywnie przesuwać ich do dźwigni władzy.
- Jak znaleźć degeneratów?
- Zanim odpowiem na to pytanie, najpierw wyjaśnijmy, czym jest degeneracja.
Przede wszystkim chcę uściślić, że sam terminu degenerat używamy jako czysto medyczny termin, a nie jako słowo obraźliwe. Ci z Państwa, którzy nie mogą znieść nawet wzmianki o tym terminie (a takich spotkałem sporo w ciągu 50 lat, zwłaszcza w kręgach literackich) mogą zastąpić go słowem zboczeniec, zwyrodnialec ( w tłumaczeniu będę używał głównie terminu „zboczeniec” – A.L. ). Mówią, że pomaga. Powtarzam - w otaczającym nas świecie degeneratem może się okazać nawet cichy, dobrze wychowany profesor estetyki na lokalnym uniwersytecie.
Tak więc, degeneracja - jest to naturalny proces, który istnieje na ziemi od tysięcy już lat. Degeneracja – to integralna część cyklu życia. Narodziny, młodość, dojrzałość, starczy zachód słońca, śmierć. Na poziomie pojedynczej osoby proces ten jest dobrze znany każdemu z nas i nie trzeba go nikomu wyjaśniać. Dlatego będziemy mówić tutaj o degeneracji na poziomie klanu (rodziny).
Wielu historyków już od dawna zwróciło uwagę na fakt, że cykl życiowy klanów jest bardzo podobny do cyklu życia jednostki. Wygląda na to, że Pan Bóg (lub Matka Natura, jeśli ktoś tak chce) daje każdemu klanowi w przybliżeniu równy okres czasu dla życia na naszej grzesznej ziemi.
Natomiast kiedy dany klan przekroczył już etap dojrzałości i wszedł w złoty wiek starczego zachodu słońca, Pan Bóg (Matka Natura) daje mu pierwszy dzwonek. Ten dzwonek mówi członkom klanu o tym, że czas tego klanu tu na ziemi dobiega końca. Wyraża się to w tym, że pragnienie kontynuowania prokreacji poprzez naturalne stosunki seksualne jest odłączone.
Jeśli klan słucha głosu Boga i pozostaje bezdzietny lub przyjmuje na wychowanie przybrane dzieci, to wtedy oczekuje go złota starość. Do tego czasu klan zwykle osiąga dobrą pomyślność finansową i może już brać udział w różnych rodzajach działalności charytatywnej, takich jak: normalna sztuka, normalna nauka, normalna literatura. Członkowie tego klanu spokojnie cieszą się złotą porą starczego zachodu słońca tego rodu i w końcu odchodzą do innego świata, pozostawiając ludziom fundusze charytatywne na pamiątkę o swoich dobrych uczynkach.
Z drugiej strony, jeśli okaże się to nieposłuszny klan, tj. klan, który zbuntował się przeciwko Bogu, to jego członkowie będą ignorować głos Boga i będą starali się oszukać Pana Boga na różne sposoby.
Będą starali się oszukać Boga sztuczną inseminacją (czynioną palcem; obecnie również igłą – in vitro - A.L), fałszywymi, lipnymi małżeństwami - spać ze swoją żoną, a wyobrażać w głowie, że śpią z mężczyzną, albo z psem, albo z rodzoną matką („ёб твою мать”), lub oszukać Boga w taki oto sposób - żona, za pozwoleniem męża degenerata (lub bez jego zgody) idzie do lokalnego pubu i znajduje tam sobie na jedną noc niczego nie podejrzewającego zdrowego normalnego faceta. W narodzie wszystko to nazywa się "na cudzym ch.. wjechać do raju".
Jak widać, naród rosyjski o takich ludziach wiedział już od dawna i wyrażał swoją opinię na ich temat, na pierwszy rzut oka w mało zrozumiałych, w wielu przysłowiach.
Tak więc, członkowie tego nieposłusznego, walczącego z Bogiem klanu, z reguły zaczynają wspierać i finansować już nie normalną, a zdegenerowaną działalność charytatywną: sztukę zdegenerowaną, zdegenerowaną naukę, zdegenerowaną literaturę. Przy tym poprzez środki masowej informacji będą przekonywać wszystkich, że wszystko to, czym się oni zajmują - jest normalne i że nie ma w tym nic złego, a ten, kto nie akceptuje tego – jest człowiekiem zacofanym i wrogiem postępu światowego.
Dla takich przebiegłych lisów, Pan Bóg (Matka Natura) wkrótce daje drugi dzwonek. Do nienormalnego życia seksualnego dochodzą u nich jeszcze choroby psychiczne. Jeśli jednak i po tym klan będzie w dalszym ciągu trwał w walce z Bogiem, to rozlega się dla nich trzeci i ostatni dzwonek w postaci wad wrodzonych, takich jak charłactwo (ros. – кахексия) (uschnięta, sucha ręka - Stalin), końska stopa (Goebbels), rozszczep wargi (zajęcza warga), rozszczep podniebienia, zez i tak dalej i temu podobne. W normalnych, prymitywnych warunkach gwarantuje to odejście nieposłusznego klanu ze sceny historycznej w ciągu jednego lub dwóch pokoleń. Kto, przy zdrowych zmysłach, zechce poślubić zezowatego, sadystycznego, chromego i garbatego seksualnego zboczeńca?
Trzy stadia degeneracji
Tak więc, degeneracja ma trzy stadia:
  1. Perwersje (zboczenia) seksualne
  2. Choroby psychiczne
  3. Wady wrodzone
Teraz, gdy już jesteśmy zaznajomieni z trzema stadiami degeneracji, możemy wrócić do Pańskiego pytania, jak znaleźć degeneratów.
Znaleźć ich jest bardzo łatwo. Wystarczy tylko spojrzeć na drzewo genealogiczne danego klanu.
Jeśli drzewo genealogiczne, rodzinne jest zdrowe, jeśli ma wiele nowych gałęzi i wiele nowych, zdrowych pędów (zdrowych dzieci), to przed nami znajduje się normalny i zdrowy klan. Jeśli natomiast to drzewo genealogiczne wysycha (dużo par bezdzietnych), albo jeśli ma wiele martwych gałęzi (samobójstwa, choroby psychiczne, nienormalne dzieci), to patrzą Państwo na klan, który już wszedł w złotą fazę zachodu. Pozostaje nam teraz tylko ustalić, jakiego rodzaju jest ten zdegenerowany klan: bogobojny czy walczący z Bogiem. Jest to również łatwe do wykonania. Po prostu należy uważnie przyjrzeć się temu, co ten klan wspiera w otaczającym go życiu. Czy rozprzestrzenia on truciznę dekadencji w sztuce, nauce i literaturze, czy też walczy z tym ze wszystkich sił i popiera normalną sztukę, normalną naukę i normalną literaturę.
– Jak Pan myśli, czy jest dużo degeneratów?
- Statystyki dotyczące trzeciego (3) stadium degeneracji (wady wrodzone) i statystyki dotyczące drugiego (2) stadium degeneracji (choroby psychiczne) znajdują się w otwartej prasie. Możecie Państwo znaleźć je sami. Natomiast statystyk pierwszego stadium degeneracji (perwersje seksualne) - tak łatwo znaleźć nie można.
Weźmy dane opublikowane w USA przez doktora Wittelsa i doktora Kinseya. Dr Wittels w swojej pracy "Życie seksualne kobiet amerykańskich" podaje nam następujące statystyki:
Kobiety niezamężne:
20% - miało wielokrotne związki homoseksualne z innymi kobietami; 51% - marzyło o związkach homoseksualnych z innymi kobietami aż do orgazmu włącznie.
Kobiety zamężne:
15% - miało wielokrotne związki homoseksualne z innymi kobietami; 32% - marzyło o związkach homoseksualnych z innymi kobietami aż do orgazmu włącznie.
A jak te sprawy wyglądają u mężczyzn? Dr Kinsey podaje nam następujące statystyki:
4% - miało wielokrotne związki homoseksualne z innymi mężczyznami 33% - marzyło o związkach homoseksualnych z innymi mężczyznami aż do orgazmu włącznie
Inne prace naukowe dostarczają nam nieco innego rozrzutu danych, ale większość z nich mieści się w przedziale 33-50%. Tak więc - co trzeci (co drugi) człowiek trafia do pierwszego stadium degeneracji.
Kiedy te dane zostały przeanalizowane według kryteriów zawodowych, to otrzymano dość interesujący obraz:
- 5% - chłopi (farmerzy); - 10% - robotnicy (w fabrykach); - 50% - intelektualiści; - 75% - pracownicy literatury i sztuki; - 90% - pracownicy środków masowego przekazu.
Ta statystyka daje nam nowe spojrzenie na dawną ideę o walce klas (o walce klasowej). Jednak walki klasowej nie bogatych z biednymi, a degeneratów z normalnymi ludźmi.

submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2017.12.17 17:51 ben13022 Byliśmy w Luwrze Abu Zabi. Wielkie muzeum między pustynią a zatoką kosztowało miliardy dolarów.

Chwilę wcześniej błądziłem w labiryncie piramidy i przyglądałem się zwyczajom pogrzebowym starożytnego Egiptu. Za kilkadziesiąt minut, kilka sal dalej, obejrzę powstałe w pierwszej połowie XVII wieku w Japonii obrazy pokazujące przybycie kupców portugalskich. Sprawdzę też, jak wyobrażali sobie wizerunek Buddy mieszkańcy Chin i Indii (w VI wieku n.e.), a także Kambodży (w połowie wieku XII).
Niektóre z tych prac widziałem wcześniej w Paryżu i Nowym Jorku. Część z nich przybyła tu z azjatyckich muzeów, jeszcze inne opuściły placówki w krajach arabskich. Po raz pierwszy wszystkie spotkały się właśnie teraz nad Zatoką Perską, w miejscu, które swoją nazwę wypożyczyło z Europy. Oto Luwr Abu Zabi!
Na Wyspie Szczęścia Manarat al-Saadiyat ma być największym centrum kultury, edukacji i rozrywki na Bliskim Wschodzie. Taką decyzję podjęły przed laty władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jednego z najbogatszych państw w regionie. Na Wyspie Szczęścia położonej nieopodal centrum Abu Zabi, stolicy federacji, powstaną rezydencje, kina, centra kultury oraz muzea. Projekt miał być ukończony w 2020 roku – wtedy kiedy Dubaj, stolica sąsiedniego emiratu, będzie gospodarzem światowej wystawy Expo. Ukończony nie zostanie, bo większości prac nawet jeszcze nie rozpoczęto, ale już dziś Wyspę Szczęścia tłumnie odwiedzają turyści z całego świata. 11 listopada z wielką pompą i pięcioletnim opóźnieniem otwarto w stolicy ZEA pierwsze z planowanych muzeów – Luwr Abu Zabi. W najbliższych latach powstaną kolejne, między innymi Guggenheim Abu Zabi oraz Muzeum Narodowe im. Szejka Zayeda, który 46 lat temu zjednoczył emiraty.
Luwr widać z daleka, z mostu, który łączy centrum emirackiej stolicy z zachodnią częścią wyspy. Jest dziełem jednego z najważniejszych współczesnych architektów, Francuza Jeana Nouvela, który chciał, by budynek przypominał namiot beduinów. Pod wielką, składającą się z ośmiu warstw i 800 tys. elementów, przepuszczającą promienie słoneczne kopułą znajduje się 55 budynków, w tym 23 galerie. Z trzech stron muzeum otoczone jest wodami Zatoki Perskiej (w ZEA i innych krajach regionu nazywanej Arabską), dlatego można do niego również... wpłynąć. By sól morska nie doprowadziła do szybkiej korozji materiałów, z których zbudowano muzeum, woda bezpośrednio otaczająca budynek jest filtrowana, powstała też tama uruchamiana zawsze, gdy jachty chcą zacumować przy budynku.
Ale zniszczeń wywołanych przez naturę uniknąć się nie da. – Piasek jest bardzo agresywnym środowiskiem, a wiatr lub opary i tak będą tu przynosić sól, która może niszczyć poszczególne elementy konstrukcji – mówi Tomasz Wieczorek, polski architekt, który pracował przy budowie Luwru Abu Zabi. – Firma, która zdobyła kontrakt na czyszczenie kopuły i znajdujących się bezpośrednio nad Zatoką Perską części muzeum, będzie miała zajęcie na długie lata.
Stworzenie nowego Luwru między pustynią a zatoką musiało kosztować miliardy. Oficjalnych sum nigdy raczej nie poznamy, ale samo prawo do używania nazwy oraz wypożyczania dzieł z kolekcji różnych francuskich placówek przez 30 lat (nie tylko z Luwru, ale też między innymi z Centrum Pompidou, Biblioteki Narodowej czy Musée d’Orsay) kosztowało ponad miliard dolarów.
Dziś, gdy muzeum dopiero otwarto, przywiezione z Francji obiekty stanowią połowę zaprezentowanej ekspozycji. Liczba ta będzie maleć do chwili, gdy emiracki Luwr zbuduje własną kolekcję. Teraz liczy ona już ponad 200 obiektów, wśród nich kilkanaście stworzonych specjalnie na zamówienie – między innymi dwie prace Amerykanki Jenny Holzer, która w wielkim hallu muzeum pokazuje marmurowy relief z odtworzonym przez nią pismem klinowym z Mezopotamii, a w jednej z bocznych otwartych przestrzeni wykonany tą samą techniką w wapieniu zbiór tekstów XVIII-wiecznych, w tym fragment „Esejów” Michela de Montaigne’a.
Najnowszym elementem powstającej kolekcji (najpewniej na prawach stałego wypożyczenia) jest kupiony przez saudyjskiego następcę tronu za 450 milionów dolarów na aukcji w Nowym Jorku „Zbawiciel Świata” Leonarda da Vinci. „Salvator Mundi”, jedyne dzieło renesansowego mistrza pozostające w rękach prywatnych, być może pokazywany będzie w Abu Zabi w miejscu, gdzie w tej chwili eksponowany jest inny jego obraz, „La belle ferronniere”, który w 2018 roku wróci do Paryża.
Powstanie muzeum od lat budziło ogromne kontrowersje. Największe z nich związane były z traktowaniem robotników zatrudnionych na placu budowy, mieszkańcami państw Azji Południowej – między innymi Indii, Pakistanu, Bangladeszu i Sri Lanki. Za pracę wykonywaną w bardzo ciężkich warunkach, często w ponadczterdziestostopniowym upale, otrzymywać mogli około 2 tys. dirhamów (niecałe 2 tys. zł) – tyle wynosi w ZEA średnia pensja robotnika fizycznego. Gdy budowano muzeum, butelka wody kosztowała 2 dirhamy, chleb – około 5, podobnie paczka ryżu. Większość zarobionych pieniędzy robotnicy wysyłali do rodzinnych wiosek, by zapewnić utrzymanie całym rodzinom, które wcześniej składały się na bilet i wyrobienie dokumentów niezbędnych do podjęcia pracy w ZEA.
Przeciwko pracy w fatalnych warunkach, przez wielu nazywanych niewolniczą, protestowali artyści i organizacje praw człowieka. Ale architekt Jean Nouvel, laureat prestiżowej Nagrody Pritzkera (architektonicznego Oscara), mówił dziennikarzom w dniu otwarcia muzeum: – Przed rozpoczęciem pracy przyjrzeliśmy się miejscu i warunkom, w których żyją robotnicy. Wydaje mi się, że były lepsze od tych, które zapewnia się im w wielu innych krajach, także europejskich.
Władze Emiratów uznały jednak, że warunków, w których pracowali robotnicy, nie pokażą światu. W ciągu kilku ostatnich lat działacze na rzecz praw człowieka, którzy domagali się poprawy sytuacji osób zatrudnionych na budowie, byli wydalani z kraju.
To nie koniec kłopotów. W ostatnich dniach zainteresowanie pokazywanymi w Abu Zabi pracami wyraził rząd Iraku. Jak podała ukazująca się w Londynie gazeta „Al-Araby”, w Bagdadzie powołano rządową komisję, która ma zbadać, czy niektóre dzieła kultury babilońskiej, asyryjskiej, akadyjskiej i otomańskiej, które trafiły do emirackiego Luwru, nie są dziełami sztuki skradzionymi w czasie inwazji wojsk amerykańskich na Irak w roku 2003. A jeden z członków tamtejszego parlamentu zapowiedział, że jeśli okaże się, iż którykolwiek z obiektów należał do narodowych zbiorów, rząd premiera Hajdara al-Abadiego będzie się domagał od władz w Abu Zabi jego zwrotu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Luwr Abu Zabi robi wrażenie, i to nie tylko jako dzieło współczesnej architektury. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, państwie istniejącym niecałe pół wieku, gdzie na wszystkich możliwych poziomach i płaszczyznach cywilizacja wschodnia spotyka się z zachodnią, twórcy muzeum zaprezentowali wystawę opartą na pomyśle prostym i czytelnym dla każdego. W kolejnych galeriach ułożonych chronologicznie i tematycznie zestawili ze sobą obiekty z całego świata będące wytworem bardzo odległych od siebie cywilizacji.
Dostrzegam to od razu po wejściu do Wielkiego Westybulu wprowadzającego do całej ekspozycji. Na iPadzie, który otrzymuje w szatni każdy zwiedzający, czytam: „Oto wrota do galerii Luwr Abu Zabi. (...) W dziewięciu znajdujących się pośrodku gablotach prezentowane są przedmioty z odległych części świata, które łączy ogromne podobieństwo. Zestawiając je ze sobą w Wielkim Westybulu, zachęcamy zwiedzających, by zastanowili się nad tym, co stanowi treść prezentacji Luwru Abu Zabi: w jakim stopniu uniwersalność obejmuje ludzką egzystencję”.
Uwagę zwracają w pierwszej kolejności trzy piękne, wykonane ze złota i ustawione w dużej gablocie na szklanych stolikach starożytne maski pogrzebowe – z południowych Chin, Lewantu i Peru. Tuż obok, podobnie wyeksponowane, stoją trzy dzbanki do serwowania herbaty, każdy z nich pozłacany i bogato zdobiony. Pochodzą z Turcji, Indii i – najpiękniejszy, porcelanowy – z Chin.
Jest też coś dla miłośników kaligrafii – w jednej z gablot umieszczono obok siebie przybory do pisania ze starożytnego Egiptu (1550-1050 p.n.e.), pięknie zdobiony podobiznami planet piórnik wykonany w Turcji w pierwszej połowie XIII wieku oraz piórnik, w którym można było poza przyborami przechowywać także karteczki z wierszami – to dzieło japońskich mistrzów z końca XIX wieku. I wreszcie – gablota poświęcona macierzyństwu i sposobowi jego ukazywania w różnych kulturach na przestrzeni dziejów. Widzom pokazano trzy statuetki – wykonanej z brązu egipskiej bogini płodności Izydy karmiącej swojego syna Horusa (800-400 p.n.e.), wyrzeźbionej we Francji w kości słoniowej Maryi z Dzieciątkiem (XIV wiek) oraz pochodzącej z Konga drewnianej figurki matki i dziecka.
Rozglądam się dookoła i widzę zachwycone twarze zwiedzających – prosty zabieg wskazania połączeń między bardzo odrębnymi i odległymi od siebie kulturami naprawdę działa. Ekspozycja w Abu Zabi jest zapisem rozwoju człowieka bez względu na rasę czy wyznawane religie. Oto w państwie, które nie jest liberalną demokracją, udało się stworzyć wystawę, która uczy tolerancji oraz poszanowania odrębności.
Witajcie w wieży Babel Dowody na potwierdzenie tej tezy znajduję wielokrotnie w czasie blisko sześciogodzinnego spaceru po emirackim Luwrze. Bo właśnie tyle czasu potrzeba, by na spokojnie przyjrzeć się wszystkim obiektom prezentowanym w 12 galeriach, muzeum dla dzieci i wielkim hallu otwartym na wody Zatoki Perskiej.
W Luwrze Abu Zabi znaleźć można wszystko i wszystkich, nawet dekorowany dzban i miskę wykonane ze srebra przez – jak się przypuszcza – Reinholta von der Rennena ponad 400 lat temu na terenie dzisiejszego Gdańska. Duże wrażenie robi zestawienie w dziesiątej galerii muzeum sztuki państw kolonialnych i skolonizowanych. Naprzeciw olejnego obrazu Lionela Waldena pokazującego przemysłowe doki miasta Cardiff umieszczono największe osiągnięcia sztuki końca XVIII i początku XIX w. z Gabonu i Wybrzeża Kości Słoniowej. To drewniane statuetki strażników... Muzeum zadbało też o to, by zwiedzający mogli obejrzeć prace najważniejszych artystów XX wieku. Są tu wszystkie najważniejsze nazwiska: Kandinsky, Mondrian, Rothko, Warhol, Pollock, Miró, Picasso czy Matisse. Towarzyszą im tworzący w tym samym czasie artyści kubańscy i alascy, których nie spotyka się w najważniejszych muzeach świata.
Są wreszcie współcześni artyści arabscy, dopiero odkrywani przez kuratorów. Jak saudyjska artystka Maha Malluh, która w Abu Zabi pokazuje „Food For Thought”, przyczepione do ściany jedenaście przypalonych garnków. Przez lata gotowano w nich gulasz z koziego mięsa. Obok niej artysta wizualny Abdullah al-Saadi. Jego praca „Nagi słodki ziemniak” składa się z czterech obiektów przypominających wyjęte z popiołu warzywa oraz filmu, na którym twórca chowa lub wyjmuje je z ziemi. Al-Saadi, który ziemniakami, ich żeńskimi i męskimi formami, zajmuje się od kilkunastu lat, uznawany jest za narodowy skarb Emiratów.
W ostatniej części muzeum największe wrażenie robi jednak pokazywana na jej środku „Fontanna światła”, dzieło chińskiego artysty Ai Weiweia pokazywane w warszawskiej Zachęcie wiosną 2015 roku. Wykonana z dziesięciu chińskich żyrandoli i wyglądem nawiązująca do nigdy niepowstałej Wieży Tatlina, pomnika III Międzynarodówki, otoczona obiektami sztuki współczesnej z całego świata i pokazywana w stolicy ZEA przypomina raczej wieżę Babel. Doskonale pasuje do miejsca, w którym mówi się obecnie wszystkimi językami świata i które – mimo mocno niesprzyjających warunków – stało się nową ziemią obiecaną dla milionów ludzi z całego świata – od biednych robotników z Azji Południowej po miliarderów z krajów OPEC.
Gdy wreszcie wychodzę z mocno klimatyzowanych i wyciemnionych galerii, w hallu Luwru Abu Zabi szybko ogrzewają mnie przenikające przez wielką kopułę promienie słońca. Ale trafiam jeszcze na „Kiełkowanie”. Praca francuskiego artysty Giuseppe Penonego, w centralnym punkcie hallu, naprzeciwko rzeźby Rodina przedstawia... odcisk kciuka szejka Zayeda bin Sultana al-Nahyana, zmarłego w 2004 roku prezydenta ZEA. To za jego rządów rozpoczęto projekt Manarat al-Saadiyat i budowę Luwru Abu Zabi. W opisie pracy czytam, że przez rozciągające się koliście od kciuka linie Penone chciał pokazać, jak jedna prosta akcja, myśl czy decyzja może wpłynąć na wygląd niekończącej się przestrzeni.
„Kiełkowanie”, choć powstało we Francji, znakomicie wpisuje się w to, o czym na co dzień nieustannie mówią i piszą emirackie media – opowieść o tym, że dobrobyt, szczęście i bezpieczeństwo mieszkańcy niewielkiego pustynnego kraju zawdzięczają panującym szejkom. Bo to oni w ciągu jednego zaledwie pokolenia zmienili swoich poddanych z ubogich pustynnych pasterzy w prawdziwych milionerów, a teraz jeszcze na Wyspie Szczęścia dali im dostęp do najwspanialszych dzieł sztuki, które od zarania dziejów stworzył człowiek.
Źródło: http://wyborcza.pl/7,112588,22759186,bylismy-w-luwr-abu-zabi-wielkie-muzeum-miedzy-pustynia-a.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.03.15 12:32 ben13022 Czy polski pisarz może podbić świat? Tylko jeśli jest bardzo dobry. Zwykła książkowa komercja nie ma szans.

Milena Rachid Chehab: Polska będzie gościem honorowym na Targach Książki w Londynie. Jaka jest ich rola?
Antonia Lloyd-Jones: To, obok frankfurckich, najważniejsza impreza dla branży. W przeciwieństwie do tych w Warszawie czy Krakowie, głównie dla czytelników, tu spotykają się wydawcy i agenci, którzy handlują prawami do książek i przekładów. Ale bilet może kupić każdy. Równolegle odbywa się London Book and Screen Week – a literatura kraju, który jest gościem honorowym, ma wtedy pierwszeństwo w spotkaniach autorskich w mieście, nie tylko w wielkiej hali Olympii.
Trzy dni trwają same targi, ale program gościa honorowego trwa rok – do listopada British Council wspólnie z Instytutem Polskim w Londynie oraz Instytutem Książki przygotowuje cały cykl wydarzeń.
Będą staże dla pisarzy z Polski, a w Polsce dla brytyjskich. W październiku na Festiwalu Conrada w Krakowie gościło sześć osób – wydawcy, księgarze i organizatorzy festiwali literackich z Wysp. Wspólnie z IK stworzyliśmy dla nich program wprowadzający we współczesną literaturę polską.
Wielu wydawców chce mieć w ciągu tego roku tłumaczenie polskiej książki – od razu zgłosiło się do mnie kilku.
Wydawanie książek to biznes, a nie działalność charytatywna, więc trzeba zrozumieć, jak to wszystko działa.
W Wielkiej Brytanii wydaje się sześć razy więcej książek niż w Polsce, w USA – 10 razy więcej. Ale z tego zaledwie 3-5 proc. to są tłumaczenia, głównie z francuskiego, niemieckiego, włoskiego i hiszpańskiego. Z byłych krajów zza żelaznej kurtyny (oprócz Rosji) Polska jest na pierwszym miejscu i zainteresowanie jej literaturą rośnie, ale to cały czas nie są duże liczby, w dobrym roku jakieś 10 pozycji. Sytuacja się polepsza, w dużej mierze dzięki pracy Instytutu Książki w ciągu ostatnich 15 lat.
Książka musi być atrakcyjna dla konkretnego wydawcy na tyle, by w nią zainwestować jeszcze przed jej przeczytaniem. Bo tłumaczenie kosztuje – stawka standardowa w Anglii to 90 funtów za tysiąc słów, w Stanach – gdzie też tłumaczę – jest podobnie.
Nie ma sensu przesyłać książki z dołączonym listem typu: „Całe życie na to czekaliście”. Bo zapewniam, że nie czekali.
Wydawca to człowiek, który na biurku ma takie stosy książek, że nawet gdyby miał trzy życia, nie starczyłoby mu czasu. Dlatego najlepiej przygotować odpowiednie dossier. Wybitny tłumacz z rosyjskiego Michael Glenny, który pomagał mi zainteresować wydawców pierwszą książką, którą tłumaczyłam, czyli „Weiserem Dawidkiem” Pawła Huelle, nauczył mnie, jak napisać raport wydawniczy: streszczenie, ocena, informacje o autorze i fragmenty przekładu. W przygotowaniu próbek tłumaczeń polskiej literatury pomaga skierowany do tłumaczy program Sample Translations, zainicjowany kilka lat temu przez IK – dofinansowuje on tłumaczenie do 20 stron.
W przypadku polskiej kluczowa. Zwykle zajmuje się tym agent, ale akurat w Polsce brakuje agencji literackich. Kilka wydawnictw (m.in. GW Foksal, Znak i Czarne – to ostatnie we współpracy z agencją Polish Rights) ma dział praw, w którym pracują specjaliści. To oni przedstawiają ofertę na targach, przygotowują katalogi dla obcych wydawców. IK również dwa razy do roku, z okazji targów frankfurckich oraz londyńskich, przygotowuje katalog „Nowe książki z Polski”. Prowadzi też kompetentną stronę internetową z recenzjami i fragmentami książek po angielsku.
Ale we własnym kraju tłumacz staje się ważnym orędownikiem książki u wydawców miejscowych.
Gdy znajdę książkę, w której się zakochuję, muszę mieć przekonanie, że ma ona potencjalny rynek. Trzeba badać, kto co wydaje, poznawać preferencje wydawców. Np. Jill Schoolman z Archipelago Books z Nowego Jorku, która wydaje wspaniałą literaturę współczesną z całego świata, a z polskiej m.in. Wiesława Myśliwskiego i Magdalenę Tulli, szczególną uwagę zwraca na poetyckość stylu. Zdaje się przy tym na gust tłumacza Billa Johnstona, bo wie, że znajdzie takie książki, które ją zachwycą.
Czasami dobijanie się do anglojęzycznego wydawcy trwa kilka lat, trzeba próbować po kilkanaście razy. Tak było z „Gottlandem” Mariusza Szczygła. Ta książka ukazała się w kilkunastu językach, ale z angielskim był problem. Wydawcy odpowiadali: dlaczego mamy czytać to, co Polak mówi o Czechach? Jeśli już głos kogoś z zewnątrz, dlaczego nie autora od nas? Dopiero dzięki staraniom Billa Martina, tłumacza, który wtedy pracował w Instytucie Kultury Polskiej w Nowym Jorku, książka trafiła w końcu na redaktorkę, która się na niej poznała. Gdy „Gottland” już wyszedł, miał entuzjastyczne recenzje, m.in. w „New York Timesie”, i został wybrany przez Juliana Barnesa jako jego książka roku w brytyjskim dzienniku „The Guardian”.
Czasem zgłaszają się do mnie polscy autorzy popularnych komercyjnych książek – trudno mi wytłumaczyć im, że nie mają szansy na brytyjskim rynku. A nie mają, bo wydawca od razu pyta, po co płacić za tłumaczenie, skoro u siebie ma w bród takich książek.
Dlaczego sama tak lubię czytać angielskie przekłady obcych autorów? Bo właściwie zawsze są bardzo wysokiej jakości – zdały bardzo trudny egzamin, o którym mówimy: ktoś je wybrał spośród tysięcy innych, ktoś – tłumacz, agent – w nią uwierzył na tyle, że zadał sobie trud promowania ich, a ktoś inny postanowił w nią zainwestować, zamówić przekład i wydać.
Brytyjczycy i Amerykanie, choć statystycznie najczęściej sięgają po literaturę łatwą, często jakoś związaną z tym, co widzieli w telewizji czy w kinie, czytają dużo naprawdę różnych rzeczy. Po obu stronach oceanu wciąż popularny jest Ryszard Kapuściński, dobrze się sprzedają książki Jacka Hugo-Badera, Wojciecha Jagielskiego, Anny Bikont, Magdaleny Tulli, Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk (w tym roku ukaże się przekład „Biegunów”).
Absolutnie najpopularniejsze teraz są „Mapy” Aleksandry i Daniela Mizielińskich, można tu je znaleźć w dziale dziecięcym w każdej księgarni, zaraz szykuje się nowe wydanie z dodatkowymi mapami – to największy sukces Polski za granicą. Popularny jest Zygmunt Miłoszewski, który miał dobrą promocję – m.in. dzięki obecności Polski jako gościa honorowego w 2016 r. na Book Expo America. Miał świetne spotkanie w Chicago, wraz z trzema pisarkami amerykańskimi. Ale zaczęło się od wydawnictwa brytyjskiego, które publikuje tylko kryminały zagranicznych autorów i miało pomysł, żeby czytelnik, który na lotnisku kupuje przewodnik po kraju, do którego jedzie, miał też do rozważenia kryminał, który się tam rozgrywa – tak, by mógł podróżować po mieście śladami miejsc z książki.
Dali mi stos zgromadzonych podczas targów książek, z których według mnie „Uwikłanie” było sto razy lepsze niż reszta. Ale wszystko trwało dość długo, bo wydawca czekał na przekład niemiecki, chciał przeczytać to w całości. A wtedy już chcieli od razu drugą część przygód Szackiego. Po premierze filmu „Ziarno prawdy” Miłoszewski szybko znalazł agenta w Stanach, a ten sprzedał „Gniew”.
„Pan Tadeusz” w tłumaczeniu Billa Johnstona, „Miedzianka. Historia znikania” Filipa Springera i „Farby wodne” Lidii Ostałowskiej, obie w tłumaczeniu Seana Bye, „Guguły” Wioletty Grzegorzewskiej (u nas znanej jako Wioletta Greg) w tłumaczeniu Elizy Marciniak, „Tańczące niedźwiedzie” Witolda Szabłowskiego, „Dom z witrażem” Żanny Słoniowskiej oraz zbiór wierszy Tadeusza Dąbrowskiego w moim przekładzie, „Niedokończone życie Phoebe Hicks” Agnieszki Taborskiej w tłumaczeniu Ursuly Phillips, „Klementyna lubi kolor czerwony” Katarzyny Boglar w tłumaczeniu Zosi Krasodomskiej-Jones. Wiem, że jest tego więcej, ale nie znam dat premier.
Ja pracuję nad tłumaczeniem „Lali” Jacka Dehnela. Poleciła mi ją Beata Stasińska, wtedy szefowa W.A.B. W ramach Sample Translations IK dofinansował przekład fragmentu w 2007 r., w międzyczasie znalazłam wydawcę dla „Saturna”, ale „Lala” dalej była bezdomna. Dopiero na targach londyńskich przed rokiem, ze względu na status Polski jako gościa honorowego w 2017 r., wydawnictwo Oneworld Publications szukało dobrej polskiej książki. Ewa Wojciechowska z IK poleciła „Lalę”, a ja to poparłam. Przeczytali książkę w tłumaczeniu niemieckim Renate Schmidgall. A w czerwcu szefowa wydawnictwa została zaproszona do Polski na seminarium dla wydawców i IK. Poznała Dehnela osobiście, polubili się. Wydawcy lubią, gdy pisarz mówi po angielsku, łatwiej wtedy zorganizować promocję.
To o tyle duży sukces, że książki z Oneworld Publications ostatnio dwa razy z rzędu wygrały Man Booker Prize, najbardziej prestiżową w świecie anglojęzycznym.
Najpierw ktoś musi dowieść, że te książki mają potencjalnych czytelników i że jest na nie rynek. Jeśli ktoś w nie wierzy, powinien przetłumaczyć po kilkadziesiąt stron i zacząć pukać do drzwi kolejnych wydawców. Drogi na skróty tu nie ma.
Siła programu Copyright Poland, który od lat prowadzi IK, i który dofinansowuje tłumaczenia na języki obce, polega na tym, że o wsparcie aplikują tu sami zagraniczni wydawcy, którzy już kupili prawa do polskiej książki. Nikt nie mówił im, czym mają się zainteresować.
Moim zdaniem nowa reguła, wedle której w tym programie mogą brać udział polscy wydawcy, jest błędem, skoro nie znają specyfiki obcej dystrybucji czy promocji. Polski podatnik może na tym stracić.
Brytyjczycy lubią biografie, ale ludzi, których znają.
Czy Polacy rzuciliby się na biografie o naszych bohaterach albo politykach, takich jak Robert Falcon Scott, marszałek Montgomery czy Roy Jenkins? Myślę, że miałaby szansę tu zaistnieć, powiedzmy, gen. Augusta „Nila” Fieldorfa, może Ryszarda Kuklińskiego albo Jerzego Popiełuszki, bo ich historie są nie tylko ciekawe, ale naprawdę sensacyjne. Ale Brytyjczycy chyba i tak woleliby je poznać w kinie.
Z drugiej strony jest już przełożone np. „Tajne państwo” Jana Karskiego, sama przetłumaczyłam „Kapuściński non-fiction” Artura Domosławskiego, przy czym autor na tyle miał świadomość zagranicznego rynku, że na potrzeby tłumaczeń okroił książkę o jedną piątą, wyrzucając z niej wątki ciekawe tylko dla polskiego czytelnika. Przełożyłam też „W ogrodzie pamięci” Joanny Olczak-Ronikier. To ważna i świetnie napisana książka, która dobrze wyjaśnia stosunki między inteligencją polską i żydowską od czasów przed pierwszą wojną światową do końca drugiej. Ostatnio wydawnictwo New York Review Books wydało na nowo „Pamiętnik z powstania warszawskiego” Mirona Białoszewskiego w tłumaczeniu Madeline Levine, ja w tej samej serii przełożyłam dla nich „Na nieludzkiej ziemi” Józefa Czapskiego.
Ale choć pewien sukces odniosła książka Witolda Szabłowskiego o Turcji, to myślę, że będzie mi trudno przekonać anglojęzycznych wydawców do jego „Sprawiedliwych zdrajców”. Poza Polską mało kto słyszał cokolwiek o Wołyniu.
W ogóle trudniej jest sprzedawać książki o tragediach. Często widzę ten mechanizm: ludzie czytają rzecz np. o Zagładzie, przyznają, że robi na nich wrażenie, ale przy następnej mówią: „Już znam ten problem, nie chcę już o tym czytać”. To prawda, że dieta czytelnicza musi być urozmaicona.
Zgadzam się. Ale to jest ten przypadek, gdy słyszę: „Mamy już coś na ten temat”. Akurat podobną książkę napisała Szwedka Elisabeth Åsbrink („1947: When Now Begins”) i już ktoś to kupił...
W USA wyszła książka Wojciecha Jagielskiego o Ugandzie „Nocni wędrowcy”. Zaproponowałam ją angielskiemu redaktorowi, o którym wiem, że lubi takie literackie reportaże, ale odparł, że właśnie rok temu wydali książkę o Ugandzie. Jej autor, Matthew Green, zresztą napisał recenzję z Jagielskiego. „To jest najlepsza książka o Ugandzie” – przyznał, choć mówił o konkurencji.
Instytut Książki powinien działać tak jak do tej pory. Dobrze byłoby bardziej inwestować w utalentowanych tłumaczy. Trzeba ich sobie wychować – i to nie tylko dobrych warsztatowo, ale też rozumiejących praktyczną stronę tego biznesu.
Nigdy nie będzie wielu tłumaczy literatury pięknej z polskiego, bo to zajęcie tylko dla urodzonych lingwistów, więc nie ma sensu stawiać na masowość, np. przez naukę polskiego w szkołach brytyjskich. Za to na uniwersytetach – tak, na tym poziomie warto inwestować.
Takich ludzi jak Stanley Bill, który w Cambridge właśnie rozkręca studia polskie, a przy okazji tłumaczy jeszcze Jacka Dukaja i w ogóle jest wielkim orędownikiem Polski, warto wspierać. Bo on nie tylko uczy studentów polskiego. Co roku organizuje dla nich konkurs tłumaczeniowy – należę do jury i jestem pod wrażeniem. Jeśli polskim władzom zależy na przyszłości waszej literatury za granicą, powinny inwestować w szkolenie studentów tam i na innych uniwersytetach zajmujących się studiami polskimi.
Świetne wyniki ma też program dla tłumaczy organizowany przez Writers’ Centre Norwich. W jego ramach IP w Londynie corocznie dofinansowuje opiekę merytoryczną dla zdolnego tłumacza. Młodych tłumaczy wspierałam od lat, ale dzięki takiemu oficjalnemu programowi mam możliwość robienia tego bardziej systemowo: sugeruję, jak wybrnąć z kłopotów translatorskich i mocno im pomagam w sprawach praktycznych: dzielę się kontaktami, uczę przygotować atrakcyjne materiały dla wydawców itd.
Podobny program dla tłumaczy z polskiego istnieje w Stanach, prowadzi go American Literary Translators Association, a dofinansowuje Instytut Kultury Polskiej w Nowym Jorku. Już zaczęła się druga edycja, mentorem tego programu jest Bill Johnston.
Jestem prawie totalnym samoukiem, czasem żartuję, że wpadłam do stawu, a jak mnie wyłowili, ni stąd, ni zowąd mówiłam w tym dziwnym języku.
Na początku lat 80. studiowałam rusycystykę w Oksfordzie, nie było tam osobnego kierunku polonistycznego. Jako studentka pod koniec stanu wojennego przyjechałam także do Polski. Odwiedzałam wtedy we Wrocławiu znajomych, których dwa lata wcześniej poznałam w Berlinie, gdzie pojechali pracować. Ich ojciec pochodził z Kresów, w czasie wojny działał w AK i oni dużo tłumaczyli mi, co się właśnie dzieje w Polsce, co to wszystko znaczy, dlaczego sami trafili na krótko do więzienia za to, że walczyli z milicjantami na ulicy. Ja wtedy nie umiałam po polsku ani słowa, w Polsce było ponuro, ale czułam się szczęściarą, bo właśnie mnie olśniło, że to jest to, czego szukam. Chwilę wcześniej skończyłam studia i wtedy poczułam, że choć oni wszyscy z tej Polski najchętniej by się wynieśli, ja mam tu jakąś misję, że brak wolności słowa jest czymś tak strasznym, że ja też powinnam się jakoś włączyć do walki z komuną, tym bardziej, że mieszkając na Zachodzie, byłam jakoś tam uprzywilejowana.
Po powrocie do Anglii próbowałam zostać na uniwersytecie, żeby zająć się polskim i mnie przyjęto, ale nie dostałam stypendium, więc musiałam znaleźć pracę. Wzięłam kilka lekcji polskiego, ale dalej uczyłam się już sama. Kupiłam wszystkie książki przetłumaczone z polskiego na angielski, jakie tylko mogłam znaleźć i porównywałam z polskim tekstem. Pierwszą książką, jaką przeczytałam po polsku, był „Popiół i diament” Andrzejewskiego. Oczywiście niezbyt dużo rozumiałam z tej swoistej powojennej wojny domowej i tego, kim naprawdę byli komuniści. A po wszystkim nie byłam pewna, czy w Polsce można mówić do kogoś per „wy”, więc podczas następnego pobytu w Polsce mówiłam trochę dziwacznie i, jak się okazało, niepoprawnie politycznie.
W latach 80. dostałam w Londynie pracę u Leopolda Łabędzia, polskiego politologa, który w czasie wojny walczył w armii Andersa, a po wojnie angażował się we wspieranie pisarzy zza żelaznej kurtyny. Był też redaktorem politologicznego pisma „Survey” poświęconego krajom komunistycznym. Pracowałam tam jako asystentka, ale potem dostałam do przetłumaczenia kilka tekstów. Tam poznałam też Jana Chodakowskiego, który w wydawnictwie Puls wydawał polskie książki przemycane z Warszawy. Z nim pojechałam w 1988 r. na festiwal kultury polskiej w Glasgow. Pracowałam już wtedy jako redaktor pisma „Brytania” wydawanego przez rząd, by popularyzować kulturę brytyjską w Polsce. Donald Pirie z uniwersytetu w Glasgow zaprosił wtedy kilku Polaków, m.in. Antoniego Liberę, Bronisława Maja i Pawła Huelle. Z Chodakowskim mieliśmy wtedy pomysł, by wydawać wartościową literaturę z Europy Wschodniej, chcieliśmy zacząć od „Weisera Dawidka”.
Michael Glenny, słynny tłumacz literatury rosyjskiej, pomógł mi przygotować tłumaczenia fragmentów. Bloomsbury Publishing, dziś znane przede wszystkim z odkrycia J.K. Rowling, zaproponowało mi wtedy przetłumaczenie całości, ale się bałam. „Spróbuj, cholera, zacznij być bardziej pewna siebie” – zachęcali koledzy. No i w końcu to zrobiłam.
W przeciwieństwie do większości tłumaczy, którzy zwykle mają etaty na uczelniach, ja jestem wolnym strzelcem. Ponieważ w latach 90. pracowałam w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju, udało mi się kupić mieszkanie i dziś mogę spokojnie pracować jako tłumaczka, zarabiając ćwierć tego, co wtedy. I od prawie 16 lat mogę folgować swojej fascynacji polską literaturą.
źródło: http://wyborcza.pl/7,75517,21476812,czy-polski-pisarz-moze-podbic-swiat-tylko-jesli-jest-bardzo.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.02.01 17:21 ben13022 W kraju Indian wrze. [Tygodnik Powszechny]

Siuksowie, Mohawkowie i jeszcze parę setek indiańskich grup w USA nadal muszą walczyć o zachowanie resztek suwerenności. Ale nie tylko Indianie – także miejscowi „kowboje” występują dziś w dawnych rolach.
Opowieść tę możemy zacząć w dowolnym miejscu USA. Zawsze będą w niej wyzysk, stereotypy i rasizm, odziedziczone po epoce kolonialnej. I zawsze będą w niej Indianie oraz kowboje. I walka o suwerenność. Zdumiewające, jak często w tej historii pojawi się, wyskakując niczym biały królik z kapelusza, niejaki Donald Trump.
Nie jest to jednak opowieść o nim, lecz o rdzennych Amerykanach.
Najpierw stawiamy skoczka na Oregonie: niech tu się zacznie.
Po kiego diabła Ammon Bundy napadł w styczniu 2016 r. na kilka rządowych budynków w rezerwacie dla zwierząt Malheur National Wildlife Refuge?
Musimy cofnąć się o kilka lat, gdy dwóch mieszkańców hrabstwa Harney (gdzie leży rezerwat) – niejacy Dwight Lincoln Hammond i Steven Dwight Hammond: ojciec i syn – zostało skazanych na pięć lat więzienia za nielegalne polowanie na ziemiach federalnych.
Rok temu, wykorzystując ich przypadek jako pretekst, Bundy i jego ludzie wkroczyli na teren rządowy, aby – jak to ujęli w popularnym manifeście, powielanym na skrajnie prawicowych portalach w Ameryce – „bronić nadanych ludziom przez Boga praw, zwłaszcza wtedy, gdy nie robi tego rząd i gdy sam [te prawa] pożera”. „Jesteśmy tutaj, ponieważ ludzie są wykorzystywani od zbyt dawna – mówił Bundy – odebrano im ziemie i zasoby, stają się biedakami”.
Rezerwat Malheur National Wildlife Refuge ustanowił w 1908 r. prezydent Theodore Roosevelt.
Zarządzają nim władze federalne. Wcześniej, do 1879 r., znajdował się tu rezerwat dla Indian, zamknięty po kolejnej przegranej przez Indian wojnie z osadnikami.
Dziś potomkowie Indian z rezerwatu w Malheur – niewielki odłam Pajutów, liczący 400 osób – nadal żyją w okolicy, w nowym rezerwacie koło miasteczka Burns. Bardzo się zdziwili, gdy usłyszeli, że uzbrojona grupka białych „kowbojów” (Bundy i jego ludzie epatują przed kamerami kowbojskim stylem: kapeluszami i kraciastymi flanelowymi koszulami), którzy okrzyknęli się obywatelskim ruchem i przyjęli nazwę Obywatele za Wolnością Konstytucyjną (Citizens for Constitutional Freedom), walczy o zwrot ziemi zabranej Indianom w XIX wieku.
Sęk w tym, że kowboje prowadzeni przez Bundy’ego wcale nie Indian mieli na myśli, mówiąc o „mieszkańcach Oregonu”. Bundy mieni się obrońcą „biednych białych”. Bo wedle (nie)wiedzy Bundy’ego, historia hrabstwa Harney zaczęła się w latach 70. XIX wieku, gdy przybyli tu hodowcy bydła i – jak mówi – wprowadzili cywilizację. Bundy nie chce wiedzieć, że wcześniej, od tysięcy lat, żyli tu Indianie. Albo że hiszpańscy odkrywcy byli tu już w XVI wieku, a potem francuscy traperzy i angielscy żołnierze – zaś amerykańscy osadnicy przyszli na końcu.
Albo że, tak naprawdę, hodowcy bydła nie byli biednymi osadnikami, którzy wyrwali naturze i Indianom dzikie tereny, by ciężką pracą uczynić je sobie poddanymi, lecz baronami bydła, finansowanymi przez bogaczy z Kalifornii, którzy z ziem „wyczyszczonych” już z Indian przez rząd federalny wyparli słabszych od siebie osadników i mniejszych hodowców.
Wielkie korporacje zajmujące się hodowlą bydła miały zapewniony zbyt dla swego mięsa dzięki budowanym przez rząd szlakom kolejowym. Taka była historia tego zakątka Ameryki: usuwanie pierwotnych mieszkańców, fizyczne oraz z pamięci, a także rozwój korporacyjnego kapitalizmu. A historia Hammondów nie ma z tymi procesami nic wspólnego: przybyli tu później. Nie prosili zresztą Bundy’ego o pomoc.
Ale dla niego nie miało to znaczenia, bo on walczy ze wspólnym wrogiem „biednych białych” wszędzie, gdzie tylko może. Z tyranem, którego sobie sam wymyślił, czyli rządem federalnym. A konkretnie z administracją Obamy.
Ammon Bundy pochodzi z Nevady, gdzie dwa lata wcześniej od swego ojca, Clivena Bundy’ego, uczył się walki z wrogiem ludzi „wolnych i przedsiębiorczych”. Bundy’owie mianowicie wypasali nielegalnie bydło na ziemiach federalnych, nie płacąc za to nawet podatku. Gdy państwo próbowało przejąć ich stado, stawili opór. Cliven Bundy i paru jego zwolenników zostało aresztowanych dopiero dwa lata po tych zdarzeniach. Ich proces odbędzie się w 2017 r. Wśród oskarżonych jest niejaki Gerald DeLemus z New Hampshire, jeden z szefów powołanej przez Donalda Trumpa Koalicji Weteranów „Trump na Prezydenta”. Żona DeLemusa, Susan DeLemus, jest republikańską kongresmenką z New Hampshire.
Ciekawe, czy Ammon Bundy, którego z Oregonem nic nie łączy, pamięta, że także jego farma w Nevadzie leży na byłej ziemi Indian Pajutów?
Jednak siłowe przejmowanie ziem należących do rządu i opór wobec przedstawicieli prawa stawiany przez „zwykłych ludzi” zyskiwały poklask republikańskich polityków tylko do czasu: do momentu, gdy Bundy oświadczył, że lepiej by było, aby „Murzyni byli niewolnikami, niż pobierali rządowe zasiłki”. Nawet dla uszu konserwatywnych polityków zabrzmiało to zbyt mocno.
Wróćmy do Oregonu. Przywódczyni Pajutów z Burns, Charlotte Rodrique, przypominała na początku 2016 r., że Malheur to „święta ziemia” jej ludu, z której jej przodkowie zostali siłą wygnani 150 lat temu, i że dziś Indian łączą z władzami federalnymi z grubsza dobre stosunki. Federalne Biuro Zarządzania Ziemią dba o to miejsce, chroni tubylcze artefakty jak rysunki naskalne. Pajuci odwiedzają to miejsce całymi rodzinami, poznając ziemię, z której się wywodzą. Przywódcy plemienni mówią jednak, że zarząd parku stawia Indianom przeszkody, kiedy ci usiłują łowić tu ryby albo polować na wapiti. W przeszłości tu znajdowały się ich zimowe obozowiska.
Nic dziwnego, że Indianie ze zdumieniem i oburzeniem obserwują poczynania Bundy’ego i jego kolegów, którzy w imieniu „ludu” deklarują odebranie ziemi od „tyrana”, czyli rządu federalnego USA. Rodrique pozwoliła sobie na ironiczny komentarz, gdy usłyszała, że zabarykadowani w budynkach rządowych „kowboje” proszą o pomoc. „Gdyby to Pajuci przeprowadzili okupację, nie musielibyśmy prosić innych o dostarczanie nam jedzenia i ciepłych skarpet na zimę. Wystarczyłyby nam korzonki i jagody, a futro królicze jest niezwykle ciepłe”.
Co ciekawe, barykady skrajnie prawicowych „obrońców ludu” nie były szczelne. Na początku „kowboje” wychodzili i wchodzili do okupowanych budynków, gdy tylko chcieli, niezatrzymywani przez policję. Zostali zaaresztowani dopiero po 41 dniach od zajęcia budynków parku, w lutym 2016 r. Pod koniec października sąd, ku oburzeniu Indian, oddalił oskarżenia o nielegalne zajęcie rządowych budynków. Pajuci, w styczniu 2016 r. obserwujący bierne zachowanie policji, pytali teraz, jak by reagowała, gdyby to Indianie zajęli siłą rządowe mienie.
Odpowiedzi poniekąd udzielili strażnicy prawa w Dakocie Północnej – dokąd mknie dalej nasz skoczek – w listopadzie 2016 r. Polewali oni zimną wodą pod ciśnieniem, przy minusowej temperaturze, Siuksów z rezerwatu Standing Rock. Tego samego, w którym pod koniec XIX wieku zamordowany został słynny szaman Siedzący Byk. Co zrobili Siuksowie? Zgromadzeni we wzniesionych na szybko obozach między rezerwatem a miejscem budowy, protestują przeciw ropociągowi Dakota Access Pipeline, który miałby przechodzić przy północnej granicy ich rezerwatu i przebiegać pod jeziorem Oahe na rzece Missouri, będącej głównym źródłem wody dla Siuksów.
Indianie boją się zanieczyszczenia środowiska, a także naruszenia ziemi, w której, jak mówią, leżą kości ich przodków. Energy Transfer Partners (ETP) – teksańska firma, która buduje liczący 1800 km rurociąg – chce przesyłać nim prawie pół miliona baryłek ropy dziennie z Dakoty Północnej do Illinois, skąd rozprowadzana byłaby już istniejącymi rurociągami po całej Ameryce. Inwestycja warta jest niemal 4 mld dolarów.
Protestujących Siuksów wspiera wiele innych grup indiańskich w USA, a także Majowie z Gwatemali, Maorysi z Nowej Zelandii i Zulusi z Kenii. Na miejscu są ekolodzy, przekonani – tak jak Siuksowie – że nawet mały wyciek z rury położonej pod Missouri spowodowałby katastrofalne zanieczyszczenie wody. Indianiści z całego świata, w tym z Polski, każdego dnia przekazują sobie na portalach społecznościowych informacje i filmy ze starć z policją i ochroniarzami ropociągu, którzy nie tylko oblewają protestujących wodą, ale strzelają też do nich kauczukowymi kulami i traktują gazem pieprzowym. Kilkuset Indian trafiło do aresztu.
W reakcji na te działania na początku grudnia 2016 r. protestujących wsparło dwa tysiące amerykańskich weteranów wojennych, zjeżdżając do ich obozu. Zarówno na miejscu, w obozie protestujących, jak też w Seattle, Waszyngtonie i 300 innych miastach demonstrowały w ich sprawie tysiące Amerykanów, w tym znani artyści, m.in. Neil Young, Robert Redford, Ben Affleck, Leonardo DiCaprio, Susan Sarandon, Mark Ruffalo, Alicia Keys, Joan Baez. Odwiedził ich Bernie Sanders, niedoszły kandydat Demokratów na prezydenta, który apelował do Baracka Obamy, aby ogłosił Standing Rock „pomnikiem narodowym” (są nimi np. Wielki Kanion i Ellis Island ze Statuą Wolności), co by wzmocniło ochronę federalną nad tym obszarem.
We wrześniu 2016 r. administracja Obamy zleciła Korpusowi Inżynieryjnemu Armii USA – federalnej instytucji władającej terenem, na którym rozgrywa się konflikt – aby ponownie przeanalizował wydaną wcześniej zgodę na przeprowadzenie rury pod Oahe Lake.
4 grudnia – na dzień przed upływem ultimatum, które sam Korpus postawił protestującym, by zlikwidowali obozowisko – nastąpił cud. Korpus oświadczył, że nie pozwala na kontynuowanie budowy ukończonego już w 90 proc. ropociągu, i że rurę należy poprowadzić w innym miejscu, z dala od siedzib Indian. W tym celu potrzebne są nowe ekspertyzy prawne oraz konsultacje środowiskowe i społeczne.
Energy Transfer Partners nie ma zamiaru się pogodzić z tą decyzją i zapewne będzie walczyć w sądach o odrzucenie decyzji Korpusu. Liczy też na uchylenie jego decyzji po objęciu urzędu prezydenta przez Trumpa.
O ile administracja Obamy nalegała, żeby ETP wstrzymało się z budową, trudno wyobrazić sobie, aby Trump – biznesmen nienawidzący mniejszości etnicznych i w ogóle słabszych – stanął po stronie Indian. Zapowiedział już, że uruchomi zablokowaną przez Obamę ze względów ekologicznych podobną inwestycję Keystone Pipeline z Alberty do Nebraski. A po grudniowej decyzji Korpusu orzekł, że „przyjrzy się” decyzji administracji Obamy, i że jest zwolennikiem jak najszybszego ukończenia budowy ropociągu, gdyż „jest to w interesie Amerykanów”.
Z pewnością jest to w interesie samego Trumpa, bo tak się składa, że nowy prezydent USA jest właścicielem części akcji firmy Energy Transfer Partners. Szef ETP, który zresztą wpłacił pieniądze na kampanię Trumpa, a po jego zwycięstwie dołożył na Narodowy Komitet Republikanów, już po wyborach przyznał, że liczy na wsparcie nowej administracji.
Doradcy Trumpa zapowiadają, że jednym z pierwszych celów jego ataku po zaprzysiężeniu w styczniu 2017 r. będzie „Ustawa o czystej wodzie” („Clean Water Act”), na której opiera się polityka ekologiczna USA, i na którą powołują się krytycy ropociągu. Zaś Paul Ryan, szef Republikanów w Kongresie, komentując grudniową decyzję Korpusu Inżynieryjnego, napisał na Twitterze: „Oto wielki rząd podjął decyzję w najgorszym możliwym stylu”.
Z Zachodu nasz konik wykonuje teraz długi skok na Wschodnie Wybrzeże USA.
Prezydent-elekt nie lubi Indian – chyba że może z nimi ubić interes. Trump jest właścicielem kilku kasyn w Atlantic City i do 1988 r., gdy uchwalono ustawę zezwalającą Indianom na prowadzenie kasyn, mógł się czuć panem Wschodniego Wybrzeża, jeśli idzie o rynek hazardowy. Jednak po 1988 r. wszystko się zmieniło. W ciągu paru lat w Connecticut wyrosło największe na półkuli zachodniej kasyno, prowadzone przez tamtejszych Indian – Pekotów.
Zdenerwowany milioner – w tym czasie jego kasynom w Atlantic City, po złotych latach 80. XX wieku, groziło bankructwo – walcząc z niespodziewanym rywalem zagrał, jak to on, brudno: „informując” właściwą komisję Kongresu USA, że Pekoci nawet nie wyglądają na Indian. Co miało sugerować, że nie mają prawa jako plemię prowadzić kasyna. Trump cynicznie odwołał się do stereotypów na temat tubylczych mieszkańców USA, których większość Amerykanów zna głównie z westernów. Niektórzy dzisiejsi Pekoci, od pokoleń mieszający się z czarnymi Amerykanami, w istocie różnią się wyglądem od swych filmowych „kuzynów”.
„Dzięki Bogu, mieszkańcy tego kraju nie otrzymują przynależnych im praw w zależności od tego, czy zdadzą pański test na wygląd” – odparł wtedy kongresman George Martinez, przewodniczący komisji. Gdy kilka lat później Trump próbował uruchomić wspólny kasynowy biznes z Paucatuckami (spokrewnionymi z Pekotami), ich wygląd już mu nie przeszkadzał. Ale ze wspólnego przedsięwzięcia nic nie wyszło, bo wśród decydentów po stronie indiańskiej byli tacy, którzy pamiętali rasistowskie uwagi Trumpa.
Tymczasem w 2000 r. władze stanu Nowy Jork wpadły na szatański pomysł, jak wykorzystać zamieszkujących tam Irokezów do upieczenia dwóch pieczeni na jednym ogniu: oddalenia ciągnących się od kilkudziesięciu lat roszczeń Irokezów do odebranych im tam nielegalnie terytoriów – i jednoczesnego ożywienia załamującej się gospodarki stanu, co stało się tym bardziej pilne po zamachach na World Trade Center we wrześniu 2001 r.
Otóż w zamian za zrzeczenie się roszczeń do ziemi niektóre odłamy Irokezów otrzymałyby prawo zbudowania kilku kasyn w malowniczych górach Catskill, ulubionym miejscu wypoczynku mieszkańców Nowego Jorku. A zgodnie ze wspomnianą ustawą z 1988 r., regulującą hazard prowadzony przez Indian („Indian Gaming Regulatory Act”), musieliby oni oddawać lwią część zarobionych pieniędzy rządowi stanowemu. Innymi słowy, stan zarobiłby na Indianach podwójnie: nie tylko nie musiałby wypłacać już zasądzonych milionów dolarów odszkodowań za ziemię, ale wyciągnąłby od plemion kolejne miliony.
Co ma do tego wszystkiego Donald Trump? Oto w 2000 r. nieznana nikomu organizacja New York Institute for Law and Society, przedstawiająca się jako oddolny ruch obywatelski dbający o dobro amerykańskich rodzin i przestrzeganie konstytucji, zasypała lokalne i ogólnokrajowe media (w tym dziennik „New York Times”) reklamami, w których opisywano już istniejące na północy stanu indiańskie kasyno jako miejsce, w którym szerzy się zorganizowana przestępczość i handel narkotykami.
Mohawkowie – odłam Irokezów i właściciele tego kasyna – byli poważnymi kandydatami do budowy nowego salonu gry w Catskill. Reklamy, przedstawiające np. strzykawki i działki kokainy, pytały: „Czy chcesz kogoś takiego za sąsiada?”.
Jak się okazało, organizacja była fikcyjna, a stał za nią nie kto inny jak Trump. Zatroskane rodziny, które rzekomo sfinansowały antyindiańską kampanię, nigdy nie istniały – pieniądze na nią wyłożył Trump, który sam miał chrapkę na budowę domu gier blisko metropolii. Gdy wykryto przekręt, hochsztapler musiał zapłacić wysoką karę i sfinansować kolejną kampanię w mediach, w której przepraszał za oszustwo.
Trump próbował szczęścia z Indianami w różnych miejscach. Albo mu odmawiali, albo, jak w przypadku 29 Palms Band of Mission Indians (niewielkiej grupki z Coachella w Kalifornii), zrywali kontrakt przed czasem, bo współpraca z nim okazywała się nieopłacalna.
Zaś jeśli chodzi o irokeskie kasyna w Catskill: nic z tego nie będzie, podobnie jak z zadośćuczynienia Irokezom za wyłudzone od nich ziemie. Kasyno w Catskill ostatecznie zbuduje ktoś inny: władze stanu wybrały firmę, w której większość udziałów ma potentat na rynku hazardowym z Malezji, który zresztą kiedyś współpracował z Mohawkami.
A teraz nasz skoczek mknie na południe...
„Po moim trupie” – tak skwitował plany prezydenta elekta, aby zbudować mur na granicy z Meksykiem, Verlon Jose, wódz Indian Tohono O’odham (Ludzie Pustyni) z Arizony, zamieszkujących w trzecim co do wielkości rezerwacie USA, na południe od Phoenix.
Granica rezerwatu przebiega przez 75 mil wzdłuż granicy między Arizoną a meksykańską Sonorą. Członkowie tego ludu żyją również po meksykańskiej stronie granicy i każdego dnia trwa nieustanny ruch w obie strony: wizyty u lekarza, rodzinne spotkania, wspólne ceremonie. Verlon Jose grozi Trumpowi „drugim Standing Rock”.
Rezerwat Tohono O’odham leży w Tucson Sector, czyli wyznaczonym przez straż graniczną obszarze obejmującym prawie całą południową granicę Arizony (422 km) – to tu odbywa się przemyt narkotyków na ogromną skalę. Indianie są regularnie zastraszani przez patrole graniczne, które zatrzymują i deportują członków plemienia oraz konfiskują ich mienie. Mimo to Tohono O’odham współpracują z władzami w walce z przemytnikami narkotyków. Piętnastoosobowa grupka indiańskich agentów o nazwie Tropiące Wilki (Shadow Wolves) od 2006 r. przechwyciła 31 tys. funtów marihuany, wytropiła i zaaresztowała 43 przemytników, skonfiskowała 16 samochodów.
„A więc przyjdę do twojego domu i postawię ścianę dokładnie pośrodku. Jak się będziesz czuł?” – pyta retorycznie Verlon Jose. Dalej mówi: „Ta ziemia jest dla nas źródłem pożywienia, jest źródłem naszego zdrowia, jest naszą szkołą i uniwersytetem. Nasze święte miejsca są w Meksyku, nasze ceremonie odprawiamy w miejscu nazywanym dziś Meksykiem. Granica jest dla nas tylko wyobrażoną linią”.
I długi skok z powrotem na zachód...
Vittorio Zucconi – włoski pisarz, autor książki o Szalonym Koniu – w emocjonalnym komentarzu we włoskim dzienniku „La Repubblica” pisał we wrześniu 2016 r. o „ostatniej walce Siuksów” przeciw nowym „żelaznym koniom” i przeciw panoszącym się „wašíčiu”, czyli obcym – bladym twarzom, którzy „zjadają mięso i zostawiają tylko kości”.
„Bezużyteczna suwerenność” – pisał Zucconi – zagwarantowana Siuksom XIX-wiecznymi traktatami, „kolejny raz zostaje pogwałcona w imię wielkich interesów ekonomicznych, które nie przyniosą żadnego zysku mieszkańcom sprofanowanych ziem. Złota kopalina, która już ściągnęła nowych osadników na pogranicze, popłynie arteriami Ropociągu Dakota i zgniecie lud Siuksów”. Tak jak żółte złoto zgniotło ich przodków 150 lat temu. Kiedyś „żelazny koń” przybył tu ze wschodu, by podbić tę krainę. Teraz, gdy jest dawno podbita, w odwrotną stronę popłynie ropa. A indiańscy wojownicy na koniach, jak ich przodkowie, podejmą jeszcze jedną czy dwie próby oporu, zanim przegrają. „Wiedzą, że nie mają szans wygrać, ale nie mogą się poddać” – kończył patetycznie Zucconi.
Włoski pisarz ma rację, a jego patos jest jak najbardziej na miejscu. Ani biali kapitaliści, ani Siuksowie od pokoleń nie mogą wyjść ze swoich ról: zdobywców i ofiar, wyzyskiwaczy i obrońców ziemi.
Standing Rock należy do najbiedniejszych miejsc w USA, z 86-procentowym bezrobociem, z niemal połową mieszkańców żyjących poniżej granicy ubóstwa. Bezdomność, brak prądu w domach, gangi młodzieżowe, alkoholizm, samobójstwa nastolatków – to tu codzienność. Podobnie jak w innych rezerwatach Siuksów w Dakocie: Cheyenne River, Pine Ridge, Rosebud. Indianie są bezradni: duże miasta, gdzie można znaleźć pracę, leżą zbyt daleko, a uprawa bydła czy praca w niewielkich plemiennych kasynach albo w plemiennej administracji dają utrzymanie niewielu.
Wielka gorączka złota w XIX wieku odebrała Siuksom ich święte Czarne Góry – na wydobyciu skorzystali wtedy biali osadnicy, nie Indianie. Jeśli Trump cofnie decyzję administracji Obamy, podobnie będzie teraz: ropociąg zostanie zbudowany pod ich nosem, zagrażając ich zdrowiu, a zyski będą ciągnąć wielcy biali kapitaliści.
Podczas gdy skrajna prawica opowiada swoją legendę o „tyranii” rządu federalnego i oporze biednych białych ludzi (złączonych osobliwym sojuszem z bogatymi rasistami jak Trump), Siuksowie, Pajuci, Mohawkowie, Tohono O’odham i parę setek innych grup tubylczych w USA niezłomnie walczą o zachowanie resztek suwerenności, gwarantowanej traktatami z rządem USA.
Kruchej suwerenności, bo indiańska ziemia przecież nie należy w pełni do Indian – Kongres USA przyznał sobie prawo zerwania każdego traktatu z Indianami. A władzę w kraju przejmują właśnie ci, którzy uważają, iż Ameryka to nie jest kraj dla słabych ludzi. ©
źródło: https://www.tygodnikpowszechny.pl/w-kraju-indian-wrze-146242
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2012.09.21 15:37 tobsn [Hiring] [Krakow, Poland] Rapid Web Developer (PHP/JS) [PL]

Nie musisz mieć dużego doświadczenia aby dołączyć do naszego zespołu, najważniejsza dla nas jest pasja do programowania, umiejętność kreatywnego i twórczego myślenia oraz chęć rozwijania swojej wiedzy i umiejętności. Jeżeli spełniasz tylko część powyższych wymagań prześlij swoją kandydaturę, może właśnie szukamy kogoś takiego jak Ty!
O nas - Coleadium Inc:
Coleadium jest firmą działającą w zakresie promocji online, wyspecjalizowaną w pozyskiwaniu zainteresowania i w akwizycji klientów, mającą siedzibę w Carlsbad, w Kalifornii. Coleadium wykorzystuje zasięg Internetu do tego, by zapewnić reklamującym się klientom wiarygodne dane potencjalnych zainteresowanych. W dążeniu do odkrywania nieskończonych możliwości rynku internetowego, Coleadium zostało utworzone w roku 2005. Aby móc lepiej sprostać potrzebom swoich klientów, przedsiębiorstwo posiada obecnie trzy międzynarodowe oddziały w Carlsbad, w Nowym Jorku i w Krakowie.
Opis stanowiska pracy:
Dla wzmocnienia naszego zespołu zatrudnimy w pełnym wymiarze czasu pracy mid lub senior developera aplikacji internetowych. Idealny kandydat dysponuje długoletnim doświadczeniem w szybkim projektowaniu skalowalnych aplikacji internetowych przy pomocy PHP, nie odstraszają go nowoczesne technologie, takie jak MongoDB lub node.js oraz zna się na jQuery, CSS no i oczywiście HTML.
Umiejętności fachowe:
Szczególne kompetencje zawodowe:
Środowisko pracy:
Nasz będący na miejscu manager mówi płynnie po angielsku i niemiecku, nie zna jednak języka polskiego. Chcielibyśmy zatrudnić programistów, którzy mówią płynnie w jednym z tych języków lub przynajmniej są w stanie skutecznie się w jednym z nich porozumiewać. Utrzymujemy również aktywną wymianę z naszymi oddziałami w Stanach Zjednoczonych oraz z innymi partnerami, zatem chcielibyśmy by nasi koledzy uczestniczyli w tej komunikacji najlepiej, jak to będzie możliwe. Oprócz oferowanej szansy gwarantujemy również dosyć solidne wynagrodzenie dla ciała i ducha: konkurencyjną płacę, atrakcyjne świadczenia dodatkowe, nie wspominając już o swobodnej, a mimo wszystko dynamicznej atmosferze środowiska pracy, elastycznym czasie pracy, wybitnych projektach, innowacyjnych technologiach, piwie i napojach energetyzujących Red Bull, przekąskach, hackatonach po godzinach pracy i w weekendy, pogodnych kolegach oraz o możliwości współpracy z ludźmi, którzy są takimi samymi zapaleńcami i są równie bystrzy. Wynagrodzenie: w zależności od kompetencji - 3500 PLN i więcej!
Kompetencje socjalne:
Jesteśmy przedsiębiorstwem zaangażowanym w ideę równości szans. Równość rozumiemy w takim znaczeniu, iż my wszyscy otrzymujemy taką samą szansę wykazania się naszą błyskotliwością i również sami myjemy nasze filiżanki po kawie. Preferujemy współpracę z ludźmi, którzy regularnie robią jedno i drugie. Szansa oznacza, że Państwa głos może być skutecznie brany pod uwagę. Dajemy szansę, by się uczyć. Dajemy szansę, by nauczać. Nadzwyczajność stanie się jednak faktem, dla tych, którzy będą robić jednocześnie te wszystkie trzy rzeczy. Specjalnie podkreślany to w szczególny sposób, gdyż nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy, gdybyśmy nie wierzyli w ogromny potencjał naszych pracowników. Naszym pracownikom pomagamy także w ich czasie wolnym: jeśli sądzicie Państwo, że macie właśnie TEN pomysł na kolejnej generacji web 2.0, to proszę dać nam znać, a my zrobimy wszystko, aby pomóc Państwu w realizacji swojej wizji.
Lokalizacja:
W Krakowie odkryliśmy nie tylko potencjał ekonomiczny, ale także licznych utalentowanych ludzi i chcielibyśmy poszerzyć nasz zespół o tak wielu błyskotliwych programistów i projektantów, ilu tylko uda nam się znaleźć. Nasze nowe biura mieszczą się w Krakowskim Parku Technologicznym. Krakowski Park Technologiczny oddalony jest od centrum miasta o 15 minut jazdy jedną, bezpośrednią linią tramwajową (linia numer 10). W bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się również inne młode firmy oraz przedsiębiorstwa bazujące na działalności internetowej, tak więc można mieć nadzieję, że w przyszłości na tym obszarze powstanie silna wspólnota developerska.
Translator forgot to mention:
PM for more infos!
submitted by tobsn to forhire [link] [comments]


2012.09.21 15:26 tobsn [Hiring] [Krakow, Poland] Interaction Designer / UX Designer [PL]

O nas - Coleadium Inc:
Coleadium jest firmą działającą w zakresie promocji online, wyspecjalizowaną w pozyskiwaniu zainteresowania i w akwizycji klientów, mającą siedzibę w Carlsbad, w Kalifornii. Coleadium wykorzystuje zasięg Internetu do tego, by zapewnić reklamującym się klientom wiarygodne dane potencjalnych zainteresowanych. W dążeniu do odkrywania nieskończonych możliwości rynku internetowego, Coleadium zostało utworzone w roku 2005. Aby móc lepiej sprostać potrzebom swoich klientów, przedsiębiorstwo posiada obecnie trzy międzynarodowe oddziały w Carlsbad, w Nowym Jorku i w Krakowie.
Opis stanowiska pracy:
Poszukujemy zmotywowanego pracownika w celu zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy, który charakteryzowałby się ogromną dozą własnej inicjatywy, gotowością i chęcią rozwiązywania kompleksowych problemów oraz projektowania wysokiej jakości rozwiązań na bazie procesów użytkowników end-to-end dla klientów on-line i odczuwałby niedopartą potrzebę wykonywania rewolucyjnych stron internetowych. Osoba ta powinna posiadać doświadczenie jako Interaction DesigneUX Designer i wesprzeć nasz zespół projektowaniem wysoce kreatywnych design dla interfejsów, charakteryzujących się prostotą w obsłudze, a także powinna posiadać umiejętność wcielania w życie ambitnych pomysłów w formie funkcjonalnych produktów poprzez umiejętność wdrażania technologii informacyjnych sieci Web kolejnej generacji w dynamicznym środowisku.
Umiejętności fachowe:
Szczególne kompetencje zawodowe:
Środowisko pracy:
Nasz będący na miejscu manager mówi płynnie po angielsku i niemiecku, nie zna jednak języka polskiego. Chcielibyśmy zatrudnić projektantów, którzy mówią płynnie w jednym z tych języków lub przynajmniej są w stanie skutecznie się w jednym z nich porozumiewać. Utrzymujemy również aktywną wymianę z naszymi oddziałami w Stanach Zjednoczonych oraz z innymi partnerami, zatem chcielibyśmy by nasi koledzy uczestniczyli w tej komunikacji najlepiej, jak to będzie możliwe. Oprócz oferowanej szansy gwarantujemy również dosyć solidne wynagrodzenie dla ciała i ducha: konkurencyjną płacę, atrakcyjne świadczenia dodatkowe, nie wspominając już o swobodnej, a mimo wszystko dynamicznej atmosferze środowiska pracy, elastycznym czasie pracy, wybitnych projektach, innowacyjnych technologiach, piwie i napojach energetyzujących Red Bull, przekąskach, hackatonach po godzinach pracy i w weekendy, pogodnych kolegach oraz o możliwości współpracy z ludźmi, którzy są takimi samymi zapaleńcami i są równie bystrzy. Wynagrodzenie: w zależności od kompetencji - 3000 PLN i więcej!
Kompetencje socjalne:
Jesteśmy przedsiębiorstwem zaangażowanym w ideę równości szans. Równość rozumiemy w takim znaczeniu, iż my wszyscy otrzymujemy taką samą szansę wykazania się naszą błyskotliwością i również sami myjemy nasze filiżanki po kawie. Preferujemy współpracę z ludźmi, którzy regularnie robią jedno i drugie. Szansa oznacza, że Państwa głos może być skutecznie brany pod uwagę. Dajemy szansę, by się uczyć. Dajemy szansę, by nauczać. Nadzwyczajność stanie się jednak faktem, dla tych, którzy będą robić jednocześnie te wszystkie trzy rzeczy. Specjalnie podkreślany to w szczególny sposób, gdyż nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy, gdybyśmy nie wierzyli w ogromny potencjał naszych pracowników. Naszym pracownikom pomagamy także w ich czasie wolnym: jeśli sądzicie Państwo, że macie właśnie TEN pomysł na kolejnej generacji web 2.0, to proszę dać nam znać, a my zrobimy wszystko, aby pomóc Państwu w realizacji swojej wizji.
Lokalizacja:
W Krakowie odkryliśmy nie tylko potencjał ekonomiczny, ale także licznych utalentowanych ludzi i chcielibyśmy poszerzyć nasz zespół o tak wielu błyskotliwych programistów i projektantów, ilu tylko uda nam się znaleźć. Nasze nowe biura mieszczą się w Krakowskim Parku Technologicznym. Krakowski Park Technologiczny oddalony jest od centrum miasta o 15 minut jazdy jedną, bezpośrednią linią tramwajową (linia numer 10). W bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się również inne młode firmy oraz przedsiębiorstwa bazujące na działalności internetowej, tak więc można mieć nadzieję, że w przyszłości na tym obszarze powstanie silna wspólnota developerska.
PM for more infos!
submitted by tobsn to DesignJobs [link] [comments]


2012.09.21 12:49 tobsn [Hiring] [Krakow, Poland] Interaction Designer / UX Designer [PL]

O nas - Coleadium Inc:
Coleadium jest firmą działającą w zakresie promocji online, wyspecjalizowaną w pozyskiwaniu zainteresowania i w akwizycji klientów, mającą siedzibę w Carlsbad, w Kalifornii. Coleadium wykorzystuje zasięg Internetu do tego, by zapewnić reklamującym się klientom wiarygodne dane potencjalnych zainteresowanych. W dążeniu do odkrywania nieskończonych możliwości rynku internetowego, Coleadium zostało utworzone w roku 2005. Aby móc lepiej sprostać potrzebom swoich klientów, przedsiębiorstwo posiada obecnie trzy międzynarodowe oddziały w Carlsbad, w Nowym Jorku i w Krakowie.
Opis stanowiska pracy:
Poszukujemy zmotywowanego pracownika w celu zatrudnienia w pełnym wymiarze czasu pracy, który charakteryzowałby się ogromną dozą własnej inicjatywy, gotowością i chęcią rozwiązywania kompleksowych problemów oraz projektowania wysokiej jakości rozwiązań na bazie procesów użytkowników end-to-end dla klientów on-line i odczuwałby niedopartą potrzebę wykonywania rewolucyjnych stron internetowych. Osoba ta powinna posiadać doświadczenie jako Interaction DesigneUX Designer i wesprzeć nasz zespół projektowaniem wysoce kreatywnych design dla interfejsów, charakteryzujących się prostotą w obsłudze, a także powinna posiadać umiejętność wcielania w życie ambitnych pomysłów w formie funkcjonalnych produktów poprzez umiejętność wdrażania technologii informacyjnych sieci Web kolejnej generacji w dynamicznym środowisku.
Umiejętności fachowe:
Szczególne kompetencje zawodowe:
Środowisko pracy:
Nasz będący na miejscu manager mówi płynnie po angielsku i niemiecku, nie zna jednak języka polskiego. Chcielibyśmy zatrudnić programistów, którzy mówią płynnie w jednym z tych języków lub przynajmniej są w stanie skutecznie się w jednym z nich porozumiewać. Utrzymujemy również aktywną wymianę z naszymi oddziałami w Stanach Zjednoczonych oraz z innymi partnerami, zatem chcielibyśmy by nasi koledzy uczestniczyli w tej komunikacji najlepiej, jak to będzie możliwe. Oprócz oferowanej szansy gwarantujemy również dosyć solidne wynagrodzenie dla ciała i ducha: konkurencyjną płacę, atrakcyjne świadczenia dodatkowe, nie wspominając już o swobodnej, a mimo wszystko dynamicznej atmosferze środowiska pracy, elastycznym czasie pracy, wybitnych projektach, innowacyjnych technologiach, piwie i napojach energetyzujących Red Bull, przekąskach, hackatonach po godzinach pracy i w weekendy, pogodnych kolegach oraz o możliwości współpracy z ludźmi, którzy są takimi samymi zapaleńcami i są równie bystrzy. Wynagrodzenie: w zależności od kompetencji - 3000 PLN i więcej!
Kompetencje socjalne:
Jesteśmy przedsiębiorstwem zaangażowanym w ideę równości szans. Równość rozumiemy w takim znaczeniu, iż my wszyscy otrzymujemy taką samą szansę wykazania się naszą błyskotliwością i również sami myjemy nasze filiżanki po kawie. Preferujemy współpracę z ludźmi, którzy regularnie robią jedno i drugie. Szansa oznacza, że Państwa głos może być skutecznie brany pod uwagę. Dajemy szansę, by się uczyć. Dajemy szansę, by nauczać. Nadzwyczajność stanie się jednak faktem, dla tych, którzy będą robić jednocześnie te wszystkie trzy rzeczy. Specjalnie podkreślany to w szczególny sposób, gdyż nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy, gdybyśmy nie wierzyli w ogromny potencjał naszych pracowników. Naszym pracownikom pomagamy także w ich czasie wolnym: jeśli sądzicie Państwo, że macie właśnie TEN pomysł na kolejnej generacji web 2.0, to proszę dać nam znać, a my zrobimy wszystko, aby pomóc Państwu w realizacji swojej wizji.
Lokalizacja:
W Krakowie odkryliśmy nie tylko potencjał ekonomiczny, ale także licznych utalentowanych ludzi i chcielibyśmy poszerzyć nasz zespół o tak wielu błyskotliwych programistów i projektantów, ilu tylko uda nam się znaleźć. Nasze nowe biura mieszczą się w Krakowskim Parku Technologicznym. Krakowski Park Technologiczny oddalony jest od centrum miasta o 15 minut jazdy jedną, bezpośrednią linią tramwajową (linia numer 10). W bezpośrednim sąsiedztwie znajdują się również inne młode firmy oraz przedsiębiorstwa bazujące na działalności internetowej, tak więc można mieć nadzieję, że w przyszłości na tym obszarze powstanie silna wspólnota developerska.
Translator forgot to mention:
PM for more infos!
submitted by tobsn to forhire [link] [comments]